Autor: Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł: Czyste, nieczyste



Colette opowiada o zmysłowości. W najróżniejszych jej odmianach. Pisze o ludziach, których znała. Duchowych hermafrodytach, biseksualistach, homoseksualistach, lesbijkach. O ich miłosnych fascynacjach. O smutku. I o pragnieniu czystości.

W pierwotnej wersji książka zatytułowana była Te rozkosze... Dołączony cytat wyjaśniał znaczenie wielokropka: „Te rozkosze, które tak lekko nazywa się fizycznymi...”. Z naciskiem na „tak lekko”. Bez teoretyzowania, od którego zawsze stroniła, Colette przywołuje najróżniejsze formy rozkoszy. Te, których sama doświadczyła, i – częściej – te, które miała okazję obserwować. Opowiada o pokusach i sztucznych rajach, o zazdrości, o znużeniu Don Juana...
Nie ma na stronach tej książki najmniejszej niestosowności, żadnego osądu, żadnych uprzedzeń – jedynie zaciekawienie, wrażliwość i wyczucie.

Opinie:

Czyste, nieczyste zajmuje szczególną pozycję w twórczości Colette. Nie tylko dlatego, że uznała je za swoje najlepsze dzieło. Połączyła w nim rozmaite formy literackie, skonstruowała rodzaj autobiografii, wykorzystując doświadczenia osobiste wyzwolonych „kobiet z lewego brzegu” Sekwany, i stworzyła rzecz, „za której sprawą – jak pisała – mam nadzieję wnieść swój osobisty wkład do skarbca wiedzy o zmysłowości”. I w istocie tak się stało.
Z przedmowy Marii Janion

Colette zawsze wydawała mi się najbardziej autentyczną feministką ze wszystkich pisarek.
Erica Jong

Jest tam wiele więcej niż talent; rodzaj geniuszu bardzo szczególnie kobiecego i wielka inteligencja. Jakiż wybór i porządek, jakie szczęśliwe proporcje!... Jaki doskonały takt i jaka wytworna dyskrecja w wyznaniach.
André Gide

Z całą pewnością nie jest Pani kobietą przyzwoitą, Colette... Jest Pani bezwstydną gorączką, cnotliwą przyjemnością, twardym rozumem, niesłychaną wolnością: a nawet typem dziewczyny, która rujnuje najświętsze instytucje i rodziny.



Książka ukaże się w serii „nowy kanon”, przygotowanej we współpracy z „The New York Review of Books”. Słowem wstępnym powieść opatrzyła profesor Maria Janion.

literatura piękna
seria: „nowy kanon”
wydanie: I
gatunek: powieść
tytuł oryginału: Le Pur et l’Impur
przekład: Katarzyna Bartkiewicz
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,5 x 20,2 cm
liczba stron: 168
cena: 29,90 zł



fragment

Mam jeszcze około trzydziestu listów, które napisała do mnie Pauline Tarn. Było ich dużo więcej. Niektóre zostały mi wykradzione; najkrótsze i najmniej udane oddałam wielbicielom Renée Vivien, a inne po prostu zaginęły...
Gdybym zdecydowała się opublikować korespondencję poetki, nieustannie podkreślającej swe związki z Lesbos, zadziwiłaby ona jedynie dziecinnym charakterem. Kładę akcent na ten bardzo szczególny infantylizm, zupełnie nie na miejscu – może nawet nieszczery? Czarujące rysy Renée oddawały jedynie częściowo ów dziecinny charakter: słodkie, krągłe, okryte puszkiem policzki, górna warga niewinnie uniesiona, na sposób angielski, odsłaniająca cztery drobniutkie ząbki. Promienny uśmiech rozświetlał często jej oczy w kolorze kasztanów, już to ciemnobrązowe, już to zielonkawe w słońcu. Miała długie, piękne blond włosy w odcieniu srebra, delikatne, proste; zbierała je na czubku głowy, skąd spadały luźno, pasemkami, jak cieniutkie słomki...
Nie zapomniałam ani jednego rysu tej wspaniałej młodzieńczej twarzy. Wszystko w niej wyrażało niewinność, skłonność do żartów i śmiechu. Gdzież szukać, między srebrną czupryną i słodkim dołeczkiem w ledwo zarysowanej, delikatnie cofniętej brodzie, choćby jednej fałdki, która nie byłaby radosna, jakiejś wskazówki, siedliska straszliwego smutku, który nadawał rytm strofom Renée Vivien? Nigdy nie widziałam smutnej Renée. Często wykrzykiwała, wstawiając angielskie h przy wszystkich spółgłoskach zębowych: „Ach, moja mała Coletthe, jakież tho życie jest wsthręthne!”, po czym wybuchała śmiechem. To samo stwierdzenie pojawia się w wielu listach. Często myśl ta wyrażona jest jeszcze bardziej dobitnie: „Czyż ta nasza egzystencja nie jest zaiste gówniana? Mam nadzieję, że to się wkrótce skończy”. Jej przyjaciele uważali tę niecierpliwość za wielce zabawną; ich nadzieje nie zostały zawiedzione: Renée zmarła w trzydziestym roku życia...
Nasze przyjacielskie kontakty nie miały w sobie, co się samo przez się rozumie – powinnam napisać: „co się przeze mnie rozumie” – nic literackiego. Jestem dość powściągliwa w kwestii rozmów o literaturze i oszczędna w słowach, poza tym, że chętnie wyrażam podziw, ale w przypadku Renée spotkałam się z niesłychaną dyskrecją, z wielkiej klasy milczeniem na tematy związane z profesją. Kiedy dostawałam od niej książki, były one zawsze schowane pod bukietem fiołków, koszykiem owoców, kuponem chińskiego jedwabiu... Ukrywała przede mną dwa literackie wymiary swego krótkiego życia: smutek i pisanie. Gdzie pisała? W jakich godzinach? Jej przestronne, zacienione, bogate i często zmieniające wygląd mieszkanie, zajmujące cały parter kamienicy przy alei du Bois, nic nie mówiło o pracy. Niewiele też o nim napisano. Z wyjątkiem kilku potężnych posągów Buddy, pozostałe meble przemieszczały się w tajemniczy sposób, powodując efekt zaskoczenia, po czym gdzieś znikały...
Pośród tych cudownych niestałych przedmiotów, wśród nasyconej zapachami nocy, po salonach, których strzegły witrażowe drzwi, w ciężkiej atmosferze wiszących kotar i woni kadzideł błądziła Renée, z twarzą przesłoniętą woalką, szykownie ubrana na czarno lub fioletowo. Trzy lub cztery razy zaskoczyłam ją, kiedy siedząc w rogu kanapy, coś skrobała ołówkiem na kolanach. Wstawała wówczas z miną winowajczyni i przepraszała: – Tho nic... Nathychmiasth kończę... – Jej wysmukłe ciało, całkiem płaskie, pochylone, nosiło, jak wielki owoc maku, głowę i złote włosy, i ogromne, kapryśne kapelusze. Wyciągała swe długie ręce w geście lunatyczki. Suknie zakrywały jej stopy, poruszała się z anielską niezdarnością, a idąc, gubiła a to chusteczkę, a to parasolkę, a to znów długi szal...
Opadało z niej wszystko, bez przerwy: bransolety otwierały się i spadały z ramienia, naszyjnik zsuwał się z szyi, jak u ofiary... Jakby traciła liście. Jej giętkie ciało nie znosiło żadnej wypukłości.
Kiedy po raz pierwszy byłam u niej na kolacji, trzy świece z brunatnego wosku płakały w wysokich lichtarzach, nie mogąc rozwiać mroku. Niski stół, rodem z Dalekiego Wschodu, proponował różności: paseczki surowej ryby nawinięte na szklane pałeczki, gęsie wątróbki, raki, słodkie i pieprzne sałatki, butelkę wspaniale dobranego wytrawnego szampana Piper-Heidsieck i koktajle – już wówczas – wyjątkowo mocne. Dusząc się w ciemnościach, nieufna wobec nieznanej mi ognistej mocy rosyjskich, greckich i chińskich alkoholi, prawie nic nie zjadłam. Przypominam sobie, że świetny humor Renée, która śmiała się żywo, a na jej złotych włosach mieniły się plamki delikatnej poświaty, zasmucił mnie, podobnie jak może zasmucić śmiech niewidomych dzieci bawiących się zręcznie bez udziału światła.
Nie sądziłam, że za sprawą skąpanej w mroku okazałości spotkanie to może dać początek mojej prawdziwej przyjaźni dla owej smukłej, młodej dziewczyny, opróżniającej kieliszki nieroztropnie jak druhny na mieszczańskim weselu.
W pewnej chwili uniosła do ust kielich wypełniony mętnym eliksirem, w którym pływała przekłuta wykałaczką wisienka... Chwyciłam ją za ramię:
– Proszę tego nie pić.
Otworzyła szeroko oczy, tak że rzęsy górnej powieki dotknęły brwi.
– Dlaczego?
– Ja już spróbowałam – rzekłam trochę zażenowana. – To jest... To nie nadaje się do picia... Proszę uważać... To chyba jakaś straszna trucizna...
Nie śmiałam się podzielić podejrzeniem, że chodzi o niewybredny żart. Renée zaśmiała się, ukazując bialutkie zęby:
– Ależ to są przyghothowane przeze mnie kokthajle, moja droga Coletthe. Są naprawdę wspaniałe.
Opróżniła kielich do dna, nie zakrztusiła się ani nie mrugnęła okiem, a jej okrągłe policzki zachowały biel kwiatów.
Tego wieczoru nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z tego, że Renée karmiła się łyżeczką ryżu, kawałkiem owocu, a przede wszystkim alkoholem. Tego wieczoru nic też nie mogło rozwiać mego kiepskiego samopoczucia i fizycznego wręcz niepokoju, wywołanych nowym miejscem, urządzonym tak, aby zaskoczyć gości panującym tam półmrokiem i podanymi na hiszpańsko-mauretańskich tacach, na talerzach z nefrytu, pozłacanego srebra i chińskiej porcelany potrawami ze zbyt egzotycznych jak dla mnie krajów...
Potem często widywałam Renée Vivien.
Odkryłyśmy w pewnym momencie, że nasze kamienice sąsiadują ze sobą, oddzielone jedynie płotem między leżącymi na ich tyłach ogrodami, zaś dozorca opiekujący się kluczami dość łatwo daje się przekupić; w ten sposób, unikając zwykłej drogi, mogłam swobodnie przemieszczać się między ulicą Villejust i aleją du Bois. Rzadko jednak korzystałam z tego udogodnienia. Przechodząc, pukałam w szybę mieszkania na parterze, od strony podwórka, w którym mieszkał Robert d’Humières. Otwierał okno i podawał mi swoją białą kotkę o niebieskich oczach, Lankę, śnieżne naręcze, nieskalany skarb. – Powierzam pani to, co mam najcenniejszego – mówił.
Dwadzieścia metrów dalej, u Renée, napotykałam mur wonnego powietrza, który, jak zawiesista woda, opóźniał mój krok, zapach kadzidła, kwiatów, przejrzałych owoców. Powiedzieć, że dusiłam się tam w ciemnościach, to mało. Traciłam wyrozumiałość, stawałam się wręcz złośliwa, lecz w żadnej mierze nie nadwyrężało to cierpliwości smukłego anioła, składającego przed posążkami Buddy ofiary z czerwonych jabłuszek. Pewnego dnia, gdy wiosenny wiatr targał w alei świeżą zielenią drzew judaszowych, a mnie zemdlił nadmiar żałobnych zapachów, chciałam otworzyć okno, na próżno: było szczelnie zabite gwoździami. Ten szczegół niczym fioritura uzupełnił bogaty temat utworu. Była tam już rozmaitość różów, złotych wypukłości w półmroku, szepczących głosów za drzwiami, chińskich masek i wiszących na ścianach niemych, starych instrumentów, które zdawały się wydawać cichy jęk, poruszone trzaśnięciem drzwi zamykanych gwałtownie moją ręką... U Renée Vivien pragnęłam odmłodnieć, by choć trochę zaznać strachu. Ale niecierpliwość wzięła górę i pewnego razu przyniosłam ze sobą obraźliwie i zupełnie niestosownie wielką lampę naftową, którą postawiłam przy moim nakryciu. Renée popłakała się, lejąc łzy jak dziecko, i trzeba uczciwie dodać, że w ten sposób się pocieszyła.
Na próżno, żeby mi zrobić przyjemność, zapraszała wraz ze mną dwoje czy troje moich ulubionych znajomych, nasza przyjaźń, zdawało się, nie czyniła żadnych widocznych postępów. I tak, siedząc w ciemnościach przy stole lub wygodnie rozparci w półmroku, przy wyszukanych daniach i napitkach, paląc tureckie papierosy czy też biały chiński tytoń w srebrnych fajeczkach, pozostawaliśmy nieco sztywni i niespokojni, jakbyśmy wraz z młodziutką panią domu bali się nieoczekiwanego powrotu tajemniczego, nieobecnego „pana”.
Zdawało się, że oczekujemy, iż ów „pan”, którego nikt nie śmiał nazwać imieniem kobiety, zjawi się wśród nas na skutek jakiejś katastrofy, po czym zniknie za sprawą egzorcyzmów. Lecz on słał tylko śpiesznie niewidzialne wieści, ukryte w przedmiotach z laki i nefrytu, w emaliowanych cackach i delikatnych tkaninach... Zjawiła się też kolekcja antycznych perskich złotych monet, zabłysła i znikła, robiąc miejsce dla gablotek wypełnionych motylami i innymi egzotycznymi owadami, które usunęły się wkrótce przed ogromnym posągiem Buddy i miniaturowym ogrodem, pełnym krzewów o kryształowych liściach i owocach ze szlachetnych kamieni... Renée przechadzała się wśród tych cudów, niepewna, zachowując obojętną dyskrecję strażniczki.
Jeśli miałabym sobie przypomnieć zmiany, które powoli pozwoliły mi zrozumieć Renée, to sądzę, że z początku jedynie kilka gestów i słów rzuciło mi na tę postać trochę inne światło. Są takie istoty, które przechodzą w naszych oczach przemianę, w miarę jak dowiadujemy się o nich więcej, inne zaś uzyskują rzeczywisty wygląd, zrzucając z siebie wszystko, nadaje im wówczas kształt jedynie ich własna niedola. Zastanawiam się, kiedy zaczęłam zapominać, że Renée Vivien jest poetką, kiedy, innymi słowy, zaczęłam się nią naprawdę interesować. Zdarzyło się to chyba pewnego wieczoru, podczas kolacji u niej w domu. Był to wieczór pikantnych potraw i niepokojących napojów – ze swej strony ograniczyłam się do kieliszka czy dwóch doskonałego wytrawnego szampana – wieczór wesoły, choć dziwnie nienaturalny, wieczór, podczas którego Renée przy najdrobniejszym żarcie gotowa była do śmiechu ponad wszelką miarę.
Renée ubrana była wyjątkowo w białą suknię ukazującą młodą, lekko pochyloną szyję, kark, po którym spływały jak zwykle rozpuszczone, delikatne włosy, nigdy nieukładane w loki... Nagle, między dwoma zdaniami, bez żadnej wcześniejszej oznaki, całym drobnym swym ciałem przywarła do oparcia krzesła, a głowa z zamkniętymi oczami zwisła jej na piersi... Ciągle jeszcze widzę dwie smukłe ręce z otwartymi dłońmi, nieruchome, spoczywające na obrusie... Omdlenie trwało nie dłużej niż dziesięć sekund i po chwili Renée, jakby nic się nie stało, powróciła do życia: – Bardzo przepraszam, moi dhrodzy, mam wrażenie, że zasnęłam... – I rzuciła się w wir dyskusji, którą na chwilę przerwała krótka śmierć. Po powrocie zdawała się tryskać dziwną mocą, dając ujście rozdrażnieniu.
– Ten B. – krzyczała – nie chcę, żeby mi tu wspominano o jego wierszach. On nie ma za grosz thalentu. Ten B. to jest po prostu... Już wiem, czym on jest. To k...s z piórem. Tak właśnie. K...s z piórem, k...s z piórem, k...s z piórem...
To grubiańskie słowo padło w kompletnej ciszy. Wszyscy zgromadzeni byliby zapewne zdolni wypowiedzieć to słowo jedynie na ucho, ściszonym głosem. Lecz z dziecięcej twarzy Renée w chwili, gdy wypowiadała nieprzyzwoity wyraz, znikły wszelkie oznaki wieku, rysy straciły jakikolwiek wyraz, pozostało wrażenie całkowitego zamętu...
Przezorny obłąkaniec gubi się zazwyczaj, gdy choć raz pozwoli zdrowemu oku wedrzeć się przez jedną wąską szparkę w swój zamknięty na kłódkę świat i go skalać. Lecz zdrowe oko zmienia się także; jest podniecone, zaintrygowane tajemnicą, jaką dostrzegło, i nie ustaje w pytaniach. Im subtelniejszy jest obłęd, tym słabiej opiera się prośbom normalnego. Poczułam, że zbliża się zmiana tonacji, w duchu bowiem przyrównywałam Renée do słodkiej melodii, dość jednostajnej, choć bardzo harmonijnej.

Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data premiery: 2009-06-03