Autor: Thomas Bernhard
Tytuł: Autobiografie
Wznowienie książki ukazuje się w 80. rocznicę urodzin pisarza.
Przyczyna, Suterena, Oddech, Chłód, Dziecko – autobiograficzny pięcioksiąg wybitnego austriackiego prozaika i dramatopisarza to drobiazgowa rekonstrukcja lat dojrzewania. Analiza "niszczycielskich machin" – szkoły, rodziny, instytucji, społeczeństwa, ich nieznoszącej sprzeciwu, bezwzględnej opresyjności. To brutalna ocena tępego i zaślepionego w swym konformizmie narodu, nieskończonej ludzkiej obojętności. To nieskrywana manifestacja gniewu i pogardy, hołd złożony samotności i jednocześnie rzucone jej przekleństwo. To przeprowadzana na sobie samym wiwisekcja.
Opinie:
"Autobiografie to klucz to zrozumienia Thomasa Bernharda, klucz, bez którego nie można w pełni przyswoić jego powieści, pojąć pisarskich obsesji i poglądów politycznych. To czasy i wydarzenia opisane w Autobiografiach ukształtowały Bernharda jako pisarza i jako zaciekłego krytyka Austrii i austriackości, ale przecież nie tylko – także jako przeciwnika historycznej amnezji i skrywania nazistowskich brudów pod eleganckim dywanem w mieszczańskim salonie.
Bernhard nie był wrogiem ludzi, był zaciekłym wrogiem ludzkiej hipokryzji. Ku wściekłości zadowolonego z siebie społeczeństwa Bernhard brutalnie demaskował jego zakłamanie.
Autobiografie wyszlifowały także jego niepowtarzalny, chirurgicznie precyzyjny styl. Trzeba poznać Autobiografie, żeby nie tylko poznać Bernharda i Austrię, ale żeby dołożyć kolejny rozdział do wielkiej pracy – próby zrozumienia minionego wieku, którego ponury cień wciąż nad nami wisi. Jeśli nie będziemy czytali Bernharda, wiek XX kiedyś do nas wróci, jeszcze bardziej spotworniały, niż go zapamiętaliśmy.
Proza Bernharda, trudna, zapętlona w swoich obsesjach, drażniąca, jest jednak wielką odtrutką na bezmyślną wegetację w toksycznych oparach samozadowolenia kultury masowej".
Krzysztof Varga
Fragment książki:
Grünkranz
To miasto, zaludnione przez dwie kategorie ludzi, geszefciarzy
i ich ofiary, daje uczącemu się i studiującemu poczucie, że zamieszkiwanie
w nim jest czymś wyłącznie bolesnym, niszczącym,
a z czasem niweczącym i unicestwiającym każdą naturę, częstokroć
nawet podstępnie – zabójczym. Skrajne warunki atmosferyczne
z jednej strony, nieustannie irytujące jego mieszkańców,
denerwujące i przyprawiające ich o chorobę, z drugiej zaś architektura
salzburska coraz bardziej pogarszająca w tych warunkach
atmosferycznych ich samopoczucie, klimat Alp Przednich uświadamiany
sobie bądź nieuświadamiany przez wszystkich tych
politowania godnych ludzi, ale z medycznego punktu widzenia
zawsze szkodliwy, od stóp do głów przytłaczający istotę wydaną
całkowicie na pastwę owych warunków naturalnych, raz po raz
produkujący z niewiarygodną bezwzględnością takich irytujących,
denerwujących, przyprawiających o chorobę, obrażających
i obdarzonych ogromną podłością i nikczemnością mieszkańców,
wszystko to ciągle tworzy rodowitych lub napływowych salzburczyków,
którzy w zimnych i wilgotnych murach, kochanych
z góry, ale znienawidzonych z racji doświadczeń przez uczącego
się i studiującego, jakim byłem w tym mieście przed trzydziestu
laty, oddają się w swym ograniczonym uporze, bezmyślności
i tępocie brutalnym interesom i melancholiom, stanowiąc
niewyczerpane źródło dochodów dla wszystkich możliwych
i niemożliwych lekarzy oraz przedsiębiorców pogrzebowych.
Wzrastający w tym mieście zgodnie z życzeniem opiekunów,
ale wbrew własnej woli, z jednej strony od najwcześniejszego
dzieciństwa z najwyższą gotowością uczuciowo-
intelektualną
dla tego miasta włączony w pokazowy proces tworzenia się jego
światowej sławy niczym w perwersyjną machinę piękna, czyli
zakłamania, produkującą pieniądz i antypieniądz, z drugiej zaś
niczym w twierdzy strachu i grozy zamknięty w swym bezradnym
i pozbawionym jakichkolwiek środków, niechronionym
przez nikogo dzieciństwie i młodości, skazany na to miasto jako
miejsce będące kuźnią jego charakteru i ducha, ma jedno, niewypowiadane
ani nazbyt szorstko, ani nazbyt lekkomyślnie, raczej
smutne, raczej kładące się posępnym i chmurnym cieniem
na jego najwcześniejszym i wczesnym rozwoju, w każdym razie
jednak zgubne, coraz bardziej decydujące dla jego całego życia,
straszne wspomnienie o tym mieście i panujących w nim warunkach
życia, jedno jedyne wspomnienie. Wychodząc naprzeciw
oszczerstwom, kłamstwom, obłudzie, musi powiedzieć sobie
w chwili zapisywania tego przypomnienia, że to miasto, którym
przesiąknięta jest cała jego istota i które określiło jego duchowość,
było dla niego zawsze, przede wszystkim zaś w dzieciństwie
i młodości, w okresie przeżywanej w nim i praktykowanej przez
dwadzieścia lat rozpaczy, czyli dojrzewania, miastem raniącym
umysł i duszę, tak, zawsze maltretującym umysł i duszę, nieustannie
bezpośrednio lub pośrednio karzącym go, wymierzającym
mu kary za niepopełnione występki i przestępstwa, zabijającym
w nim wrażliwość i uczuciowość, wszystko jedno jakiej natury,
i niewspierającym jego naturalnych uzdolnień. W czasie nauki,
niewątpliwie najobrzydliwszym okresie w jego życiu, a właśnie
o czasie nauki i odczuciach, jakie miał wówczas, będzie tu mowa, musiał za resztę swego życia zapłacić wysoką cenę, chyba najwyższą.
To miasto nie zasłużyło sobie ze strony uczącego się
w nim na przekazaną mu przez przodków sympatię i miłość,
czyli na sympatię z góry i miłość z góry, bo zawsze, we wszystkich
okresach i we wszystkich przypadkach, po dziś dzień, odrzucało
go, odtrącało, w każdej sytuacji odpychało bezbronnego.
Gdybym w końcu w jednej chwili nie zostawił za sobą tego miasta,
od dawna raniącego i prześladującego każdego twórczego
człowieka, a na koniec niszczącego go, które przez rodziców
jest dla mnie miastem rodzinnym, ojczystym i macierzystym
zarazem, gdybym nie był zostawił go za sobą, i to w decydującym,
zbawiennym momencie najwyższego napięcia nerwowego
i najgłębszego zranienia duszy, byłbym, jak wielu innych twórczych
jego mieszkańców i wielu bliskich mi i związanych ze mną
ludzi, podjął znamienną jedynie dla tego miasta próbę i nagle
odebrał sobie życie, podobnie jak wielu innych nagle odebrało
sobie życie, albo marniałbym nędznie i powoli w jego murach
i nieludzkim powietrzu przyprawiającym o duszności, jak wielu
innych zmarniało w nim nędznie i powoli. Bardzo często pragnąłem
zrozumieć i pokochać szczególny charakter i niesłychaną
wyjątkowość mojego macierzystego i ojczystego krajobrazu, co
zawdzięcza swojej (słynnej) przyrodzie i (słynnej) architekturze,
ale żyjący w owym krajobrazie, przyrodzie i architekturze, mnożący
się bezmyślnie z roku na rok tępi mieszkańcy miasta, ich nikczemne
prawa i jeszcze bardziej nikczemne wykładnie tych praw,
zawsze zabijały we mnie chęć zrozumienia i miłości dla tej przyrody
(czyli krajobrazu), która jest cudem, i dla tej architektury,
która jest majstersztykiem, zawsze zabijały ją w zarodku; zdany
ze względu na swój sposób życia jedynie na siebie, ciągle byłem
bezbronny wobec drobnomieszczańskiej logiki panoszącej się
w tym mieście jak w żadnym innym. Wszystko w nim zwraca
się przeciw temu, co twórcze, a jeśli nawet coraz częściej i z coraz
większą zapalczywością twierdzi się coś wręcz przeciwnego, to
i tak jego fundamentem pozostaje obłuda, a najwyższą namiętnością
bezduszność, i niechby tylko pojawiła się tu odrobina
wyobraźni, zostanie doszczętnie wytępiona. Salzburg stanowi
perfidną fasadę, na której świat nieustannie odmalowuje swoje
zakłamanie i za którą wszystko, co jest twórcze (lub każdy, kto
jest twórczy), musi zmarnieć, sczeznąć i obumrzeć. Moje rodzinne
miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona
i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą
w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej
czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach
albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub
nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć na tej w gruncie rzeczy na
wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-
socjalistyczno-katolickiej, zabójczej ziemi.
Spis treści
Przyczyna. Przypomnienie 5
Grünkranz 7
Wujcio Franz 55
Suterena. Wyzwolenie 99
Oddech. Decyzja 189
Chłód. Izolacja 269
Dziecko 351
Wydanie II
Format: 133x215 mm
oprawa miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 448
Przekład z języka niemieckiego Sława Lisiecka
Tytuł: Autobiografie
Wznowienie książki ukazuje się w 80. rocznicę urodzin pisarza.
Przyczyna, Suterena, Oddech, Chłód, Dziecko – autobiograficzny pięcioksiąg wybitnego austriackiego prozaika i dramatopisarza to drobiazgowa rekonstrukcja lat dojrzewania. Analiza "niszczycielskich machin" – szkoły, rodziny, instytucji, społeczeństwa, ich nieznoszącej sprzeciwu, bezwzględnej opresyjności. To brutalna ocena tępego i zaślepionego w swym konformizmie narodu, nieskończonej ludzkiej obojętności. To nieskrywana manifestacja gniewu i pogardy, hołd złożony samotności i jednocześnie rzucone jej przekleństwo. To przeprowadzana na sobie samym wiwisekcja.
Opinie:
"Autobiografie to klucz to zrozumienia Thomasa Bernharda, klucz, bez którego nie można w pełni przyswoić jego powieści, pojąć pisarskich obsesji i poglądów politycznych. To czasy i wydarzenia opisane w Autobiografiach ukształtowały Bernharda jako pisarza i jako zaciekłego krytyka Austrii i austriackości, ale przecież nie tylko – także jako przeciwnika historycznej amnezji i skrywania nazistowskich brudów pod eleganckim dywanem w mieszczańskim salonie.
Bernhard nie był wrogiem ludzi, był zaciekłym wrogiem ludzkiej hipokryzji. Ku wściekłości zadowolonego z siebie społeczeństwa Bernhard brutalnie demaskował jego zakłamanie.
Autobiografie wyszlifowały także jego niepowtarzalny, chirurgicznie precyzyjny styl. Trzeba poznać Autobiografie, żeby nie tylko poznać Bernharda i Austrię, ale żeby dołożyć kolejny rozdział do wielkiej pracy – próby zrozumienia minionego wieku, którego ponury cień wciąż nad nami wisi. Jeśli nie będziemy czytali Bernharda, wiek XX kiedyś do nas wróci, jeszcze bardziej spotworniały, niż go zapamiętaliśmy.
Proza Bernharda, trudna, zapętlona w swoich obsesjach, drażniąca, jest jednak wielką odtrutką na bezmyślną wegetację w toksycznych oparach samozadowolenia kultury masowej".
Krzysztof Varga
Fragment książki:
Grünkranz
To miasto, zaludnione przez dwie kategorie ludzi, geszefciarzy
i ich ofiary, daje uczącemu się i studiującemu poczucie, że zamieszkiwanie
w nim jest czymś wyłącznie bolesnym, niszczącym,
a z czasem niweczącym i unicestwiającym każdą naturę, częstokroć
nawet podstępnie – zabójczym. Skrajne warunki atmosferyczne
z jednej strony, nieustannie irytujące jego mieszkańców,
denerwujące i przyprawiające ich o chorobę, z drugiej zaś architektura
salzburska coraz bardziej pogarszająca w tych warunkach
atmosferycznych ich samopoczucie, klimat Alp Przednich uświadamiany
sobie bądź nieuświadamiany przez wszystkich tych
politowania godnych ludzi, ale z medycznego punktu widzenia
zawsze szkodliwy, od stóp do głów przytłaczający istotę wydaną
całkowicie na pastwę owych warunków naturalnych, raz po raz
produkujący z niewiarygodną bezwzględnością takich irytujących,
denerwujących, przyprawiających o chorobę, obrażających
i obdarzonych ogromną podłością i nikczemnością mieszkańców,
wszystko to ciągle tworzy rodowitych lub napływowych salzburczyków,
którzy w zimnych i wilgotnych murach, kochanych
z góry, ale znienawidzonych z racji doświadczeń przez uczącego
się i studiującego, jakim byłem w tym mieście przed trzydziestu
laty, oddają się w swym ograniczonym uporze, bezmyślności
i tępocie brutalnym interesom i melancholiom, stanowiąc
niewyczerpane źródło dochodów dla wszystkich możliwych
i niemożliwych lekarzy oraz przedsiębiorców pogrzebowych.
Wzrastający w tym mieście zgodnie z życzeniem opiekunów,
ale wbrew własnej woli, z jednej strony od najwcześniejszego
dzieciństwa z najwyższą gotowością uczuciowo-
intelektualną
dla tego miasta włączony w pokazowy proces tworzenia się jego
światowej sławy niczym w perwersyjną machinę piękna, czyli
zakłamania, produkującą pieniądz i antypieniądz, z drugiej zaś
niczym w twierdzy strachu i grozy zamknięty w swym bezradnym
i pozbawionym jakichkolwiek środków, niechronionym
przez nikogo dzieciństwie i młodości, skazany na to miasto jako
miejsce będące kuźnią jego charakteru i ducha, ma jedno, niewypowiadane
ani nazbyt szorstko, ani nazbyt lekkomyślnie, raczej
smutne, raczej kładące się posępnym i chmurnym cieniem
na jego najwcześniejszym i wczesnym rozwoju, w każdym razie
jednak zgubne, coraz bardziej decydujące dla jego całego życia,
straszne wspomnienie o tym mieście i panujących w nim warunkach
życia, jedno jedyne wspomnienie. Wychodząc naprzeciw
oszczerstwom, kłamstwom, obłudzie, musi powiedzieć sobie
w chwili zapisywania tego przypomnienia, że to miasto, którym
przesiąknięta jest cała jego istota i które określiło jego duchowość,
było dla niego zawsze, przede wszystkim zaś w dzieciństwie
i młodości, w okresie przeżywanej w nim i praktykowanej przez
dwadzieścia lat rozpaczy, czyli dojrzewania, miastem raniącym
umysł i duszę, tak, zawsze maltretującym umysł i duszę, nieustannie
bezpośrednio lub pośrednio karzącym go, wymierzającym
mu kary za niepopełnione występki i przestępstwa, zabijającym
w nim wrażliwość i uczuciowość, wszystko jedno jakiej natury,
i niewspierającym jego naturalnych uzdolnień. W czasie nauki,
niewątpliwie najobrzydliwszym okresie w jego życiu, a właśnie
o czasie nauki i odczuciach, jakie miał wówczas, będzie tu mowa, musiał za resztę swego życia zapłacić wysoką cenę, chyba najwyższą.
To miasto nie zasłużyło sobie ze strony uczącego się
w nim na przekazaną mu przez przodków sympatię i miłość,
czyli na sympatię z góry i miłość z góry, bo zawsze, we wszystkich
okresach i we wszystkich przypadkach, po dziś dzień, odrzucało
go, odtrącało, w każdej sytuacji odpychało bezbronnego.
Gdybym w końcu w jednej chwili nie zostawił za sobą tego miasta,
od dawna raniącego i prześladującego każdego twórczego
człowieka, a na koniec niszczącego go, które przez rodziców
jest dla mnie miastem rodzinnym, ojczystym i macierzystym
zarazem, gdybym nie był zostawił go za sobą, i to w decydującym,
zbawiennym momencie najwyższego napięcia nerwowego
i najgłębszego zranienia duszy, byłbym, jak wielu innych twórczych
jego mieszkańców i wielu bliskich mi i związanych ze mną
ludzi, podjął znamienną jedynie dla tego miasta próbę i nagle
odebrał sobie życie, podobnie jak wielu innych nagle odebrało
sobie życie, albo marniałbym nędznie i powoli w jego murach
i nieludzkim powietrzu przyprawiającym o duszności, jak wielu
innych zmarniało w nim nędznie i powoli. Bardzo często pragnąłem
zrozumieć i pokochać szczególny charakter i niesłychaną
wyjątkowość mojego macierzystego i ojczystego krajobrazu, co
zawdzięcza swojej (słynnej) przyrodzie i (słynnej) architekturze,
ale żyjący w owym krajobrazie, przyrodzie i architekturze, mnożący
się bezmyślnie z roku na rok tępi mieszkańcy miasta, ich nikczemne
prawa i jeszcze bardziej nikczemne wykładnie tych praw,
zawsze zabijały we mnie chęć zrozumienia i miłości dla tej przyrody
(czyli krajobrazu), która jest cudem, i dla tej architektury,
która jest majstersztykiem, zawsze zabijały ją w zarodku; zdany
ze względu na swój sposób życia jedynie na siebie, ciągle byłem
bezbronny wobec drobnomieszczańskiej logiki panoszącej się
w tym mieście jak w żadnym innym. Wszystko w nim zwraca
się przeciw temu, co twórcze, a jeśli nawet coraz częściej i z coraz
większą zapalczywością twierdzi się coś wręcz przeciwnego, to
i tak jego fundamentem pozostaje obłuda, a najwyższą namiętnością
bezduszność, i niechby tylko pojawiła się tu odrobina
wyobraźni, zostanie doszczętnie wytępiona. Salzburg stanowi
perfidną fasadę, na której świat nieustannie odmalowuje swoje
zakłamanie i za którą wszystko, co jest twórcze (lub każdy, kto
jest twórczy), musi zmarnieć, sczeznąć i obumrzeć. Moje rodzinne
miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona
i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą
w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej
czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach
albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub
nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć na tej w gruncie rzeczy na
wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-
socjalistyczno-katolickiej, zabójczej ziemi.
Spis treści
Przyczyna. Przypomnienie 5
Grünkranz 7
Wujcio Franz 55
Suterena. Wyzwolenie 99
Oddech. Decyzja 189
Chłód. Izolacja 269
Dziecko 351
Wydanie II
Format: 133x215 mm
oprawa miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron: 448
Przekład z języka niemieckiego Sława Lisiecka










