Autor: Tony Judt
Tytuł: Pensjonat pamięci
Tony Judt, jeden z największych intelektualistów świata, w poruszającej opowieści o życiu i walce z nieuleczalną chorobą.
"Kieszonkowej kolejce z Murren towarzyszy swego rodzaju ścieżka. W kawiarence w połowie drogi – jedyny przystanek na całej linii – serwują tradycyjną szwajcarską strawę dla podróżnych. Wznosząca się powyżej góra stromo opada w dolinę. Można wspiąć się tam, gdzie stoją letnie zagrody dla krów, kóz i pasterzy. A można też poczekać na następny pociąg: punktualny, przewidywalny, precyzyjnie co do sekundy. Nic się nie dzieje – to najszczęśliwsze miejsce na ziemi. Nie możemy wybierać, gdzie zacznie się nasze życie, ale zakończyć je możemy tam, gdzie chcemy. Wiem, gdzie się znajdę: będę jechał donikąd tą małą kolejką, po wieczne czasy".
Tony Judt
Opinie:
"Życie jest silniejsze niż śmierć. Tony Judt - choć umierający, przykuty dzień i noc do swojego łóżka - zdradzał niewiarygodną wprost chęć istnienia. I tworzenia. W innym wypadku nie powstałby Pensjonat pamięci – zbiór pocztówek-esejów, utkany z podróży w otchłań własnych wspomnień. Bo pamięć, jak mówił Luis Buñuel, jest całym naszym życiem.
Teksty Judta zachwycają. To lekcja najwyższej erudycji, przenikliwości spojrzenia i błyskotliwej ironii. Przykuwają uwagę, gdyż odsłaniają chorobliwą wręcz ciekawość świata i ludzi. Ciekawość nie jest więc w tym przypadku pierwszym krokiem do piekła, lecz do nieba. I Judt nas tam zabiera".
Jarosław Makowski
"Tony Judt stał się dla wielu wzorem heroicznej postawy wobec nieuleczalnej choroby, która dosięgła go w pełni sił twórczych. Był jednak przede wszystkim wybitnym intelektualistą, którego uczciwość, odwaga głoszenia niepopularnych poglądów, a także empatia i zrozumienie problematyki Europy Wschodniej, zwłaszcza Czech, nie miały sobie równych. 'Dzięki nauce czeskiego stałem się zupełnie innym naukowcem, historykiem i człowiekiem' – napisał w Pensjonacie pamięci. Przyznaję: warto było nauczyć się czeskiego. Choćby po to, by poznać Tony’ego".
Aleksander Kaczorowski
"Jedną ze wspaniałych cech eseju jest to, jak elegancka ścisłość formy łączy się z radosną giętkością treści. (…) Judt w pełni z tego korzysta, podążając za myślą i wspomnieniem, gdziekolwiek go one wiodą: smaki żydowsko-brytyjskich potraw z czasów dzieciństwa, rozkosze jazdy podmiejską Zieloną Linią, wspaniały nauczyciel języka niemieckiego, doniosłe znaczenie pokojowej w internacie w Cambridge (…), rozważania o edukacji, samochodach, o nauce czeskiego w średnim wieku, o zniewolonych umysłach, o polityce, tożsamości (…). Można by się spodziewać, że zapiski i wspomnienia snute u progu śmierci będą nią naznaczone, ale myśl Judta nie ginie w elegijnym tonie ani nie cichnie. Dociekliwość, śmiałość, poczucie humoru i przejrzystość stylu to cechy człowieka trwającego w objęciach życia, nie śmierci".
"The Telegraph"
"Jeden z najwybitniejszych historyków naszych czasów spędza długie bezsenne noce, zagłębiając się w sobie. Cierpi na stwardnienie zanikowe boczne. Może wciąż myśleć jasno. Nie dręczy go ból. Ale nie może się poruszać, wkrótce nie będzie mógł też mówić, zamknięty w niemym paraliżu – „postępującym uwięzieniu bez perspektywy zwolnienia warunkowego” – w miarę jak nieuchronnie zbliża się śmierć.
Ma jednak jedno zajęcie, owoc tych samotnych nocy, gdy w głowie kłębią się bezustannie wspomnienia i myśli. Tony Judt wspomina, jak w dzieciństwie wybrał się z rodzicami na narty do Szwajcarii. Przywołuje w pamięci pensjonat, w którymi mieszkali, świetlicę, jadalnię i kuchnię, ciepłe zakamarki, ciemne zakątki. I oczami duszy przechodzi z pokoju do pokoju, a idąc, układa w głowie eseje, złożone ze wspomnień i rozważań, i dopracowuje je, przepowiada sobie aż do świtu, gdy ktoś bliski będzie mógł spisać jego z trudem wypowiedziane słowa. (…)
Tony Judt miał w sobie sprzeczne duchy, był polemistą i prorokiem, filozofem i pamflecistą, ale przede wszystkim – taki jego obraz wyłania się z tych stron – potrafił rzucać na znane sprawy nowe światło. Warto go słuchać".
"The Guardian"
"Pensjonat pamięci to dzieło historyka zmuszonego do obywania się bez narzędzi, na których zwykł dotąd niewzruszenie polegać. Mówi się, że w chwili śmierci całe życie przebiega nam przed oczami. Cudowne możliwości współczesnej medycyny podtrzymywały Tony’ego Judta przy życiu, rozciągając czas umierania na kilka wyczerpujących lat. To więc, co zwykle zamyka się w mgnieniu oka, jest tu opowiedziane szczegółowo i dokładnie. (…) Można niemal poczuć, jak jak dusza opuszcza z wolna jego ciało, pozostawiając nam wszakże żywy dorobek jego życia".
"The New York Times"
Fragment:
1. Pensjonat pamięci
Słowo chalet kojarzy mi się z bardzo konkretnym obrazem.
Przywołuje w pamięci mały pensione, rodzinny hotelik w niemodnej
miejscowości Chesieres u podnóża bogatego kurortu
narciarskiego Villars we francuskojęzycznej części Szwajcarii.
Spędzaliśmy tam zimowe wakacje chyba w 1957 albo 1958
roku. Jazda na nartach – a w moim przypadku na sankach –
jakoś nie bardzo utkwiła mi w pamięci. Pamiętam tylko, że
rodzice i wujek wlekli się po oblodzonej kładce w górę, do
wyciągów, i tam upływał im cały dzień, a nad miejsca uciech
„po nartach” przedkładali spokojny wieczór w schronisku.
Dla mnie najmilszą częścią zimowych wakacji były zawsze
wczesne popołudnia, kiedy porzucało się monotonne
rozrywki na śniegu na rzecz ciężkich foteli, gorącego wina,
treściwego wiejskiego jadła i długich wieczorów spędzanych
we wspólnej sali, gdzie można się było odprężyć w towarzystwie
obcych ludzi. Ale co to byli za ludzie! Osobliwość małego
pensione w Chesieres polegała na tym, że ściągali tu drugorzędni
brytyjscy aktorzy, spędzający urlop w dalekim, obojętnym
cieniu swoich bardziej wziętych kolegów po fachu, którzy wypoczywali
wyżej w górach.
Drugiego wieczora po naszym przybyciu z jadalni dobiegła
salwa przekleństw o seksualnej treści, które wzburzyły
moją matkę. Brzydkie słowa nie były jej obce – dorastając,
miała w zasięgu słuchu stare West India Docks – ale przeszedłszy
przez uładzony czyściec salonu fryzjerskiego dla pań,
zdążyła się wysferzyć i nie miała zamiaru narażać rodziny na
takie plugastwo.
Pani Judt przemaszerowała przez salę do stolika, skąd dobiegały
nieprzyzwoite słowa, i poprosiła, żeby przestać – tu są
dzieci. Ponieważ moja siostra miała niespełna pół roku, a ja
byłem poza nią jedynym dzieckiem w całym hotelu, prośba ta
miała zapewne na względzie moje dobro. Młodzi i, jak się później
domyśliłem, bezrobotni aktorzy, z których ust wyrwał się
ten niestosowny potok słów, natychmiast przeprosili i zaproponowali,
żebyśmy przysiedli się do nich i razem zjedli deser.
Była to wspaniała ekipa, przynajmniej w oczach wszystkowidzącego
(i wszystkosłyszącego) dziesięciolatka, który się
znalazł wśród tych ludzi. Wtedy jeszcze nikt o nich nie słyszał,
choć niektórych czekała świetna przyszłość, jak Alana
Badela, który dopiero później miał zostać wybitnym odtwórcą
ról szekspirowskich i zagrać w znanych filmach (Dzień Szakala).
Przede wszystkim jednak spotkałem tam żywiołową
Rachel Roberts, która wkrótce miała zasłynąć w rolach rozczarowanych
robotniczych żon w najwybitniejszych powojennych
filmach brytyjskich (Z soboty na niedzielę, Sportowe życie,
Szczęśliwy człowiek). To Roberts wzięła mnie pod swoje skrzydła,
mamrocząc niedające się powtórzyć przekleństwa barytonem
podlanym whisky, który pozostawił mi niewiele złudzeń
co do jej przyszłości, wprawiając mnie zarazem w pewne pomieszanie
co do mojej własnej. Podczas tamtych wakacji nauczyła
mnie pokera, różnych sztuczek z kartami oraz tylu
brzydkich słów, że nie starczyło mi czasu, żeby je zapomnieć.
Może dlatego szwajcarski hotelik przy głównej ulicy
Chesieres pozostał w mojej pamięci milszym i bardziej
trwałym wspomnieniem niż inne bez wątpienia identyczne
drewniane budynki, w których na przestrzeni lat sypiałem.
W pensjonacie w Chesieres przebywaliśmy zaledwie jakieś
dziesięć dni, a wróciłem do niego tylko raz i na krótko. Nawet
dziś potrafię jednak opisać jego kameralny styl.
Było tu parę niezwyczajnych w tym otoczeniu udogodnień:
do środka wchodziło się na poziomie półpiętra, oddzielającego
niewielką suterenę od pomieszczeń służbowych na
głównym piętrze. Półpiętro miało odseparować sportowe akcesoria,
z których skapywała woda (narty, buty, kijki, kurtki,
sanki itp.), od przytulnych i suchych sal ogólnych. Te ostatnie,
rozmieszczone po obu stronach recepcji, miały wielkie,
przyciągające wzrok okna, które wychodziły na główną ulicę
miasteczka i otaczające je strome wąwozy. Dalej były kuchnie
i inne pomieszczenia służbowe, ukryte za szerokimi i bardzo
stromymi schodami prowadzącymi na piętro, gdzie znajdowały
się sypialnie.
Pokoje starannie podzielono na lepiej wyposażone, po
lewej, i mniejsze, pojedyncze, bez umywalek, położone dalej.
Taki układ był zapewne przemyślany. Za nimi znajdowały
się wąskie schody, wiodące na strych, gdzie mieszkali
pracownicy (z wyjątkiem szczytu sezonu). Nie sprawdziłem
tego, ale nie sądzę, żeby było więcej niż dwanaście pokoi dla
gości, a do tego trzy sale ogólne i otaczająca je wspólna przestrzeń.
Był to hotelik dla małych rodzin o skromnych dochodach,
w bezpretensjonalnym miasteczku nieżywiącym
ambicji wyrastających ponad jego położenie geograficzne.
W Szwajcarii musiało być z dziesięć tysięcy takich hotelików.
Tak się złożyło, że wygląd jednego z nich potrafię niemal
idealnie odtworzyć w pamięci.
Przez następne pięćdziesiąt lat pensjonat w Chesieres raczej
nie zaprzątał moich myśli, poza tym, że czasem przywoływał
pogodne wspomnienia. Odkąd jednak w 2008 roku
zdiagnozowano u mnie stwardnienie zanikowe boczne (ALS)
i szybko zrozumiałem, że najprawdopodobniej nigdzie już nigdy
nie pojadę – i bardzo mi się poszczęści, jeśli będę w ogóle
mógł pisać o swoich podróżach – hotelik w Chesieres uporczywie
przychodził mi na myśl.
Ta szczególna choroba neurodegeneracyjna ma to do siebie,
że umysł człowieka pozostaje w niej jasny, może snuć rozważania
o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, ale chory
zostaje stopniowo pozbawiony wszelkich możliwości przetworzenia
tych rozważań na słowa. Najpierw okazuje się, że
nie możesz już sam pisać, potrzebujesz pomocnika albo maszyny,
żeby utrwalić myśli. Następnie odmawiają posłuszeństwa
nogi i tracisz zdolność nabywania nowych doświadczeń,
chyba że kosztem tak złożonych zabiegów logistycznych, że
przedmiotem uwagi staje się sama możność poruszania, a nie
korzyści, jakie może przynieść.
Potem zaczynasz tracić głos, i to nie tylko w sensie metaforycznym,
tak że musisz się wysławiać za pomocą różnych
mechanicznych bądź ludzkich pośredników. Tracisz głos dosłownie,
ponieważ mięśnie przepony nie potrafią już przepompować
dostatecznej ilości powietrza, która mogłaby wprawić
struny głosowe w drgania niezbędne do wydania dźwięków
mających sens. Na tym etapie masz już prawie na pewno porażone
wszystkie cztery kończyny i skazany jesteś na pozostawanie
przez długie godziny w milczeniu i bezruchu, przy
innych osobach albo bez nich.
Jest to niezwykłe wyzwanie dla kogoś, kto nadal chciałby
przekazywać słowa i myśli. Nic już po żółtym notatniku
i bezużytecznym ołówku. Do przeszłości należą odprężające
przechadzki po parku czy ćwiczenia na siłowni, podczas których
pomysły i ciągi zdarzeń same się układają, niczym za
sprawą doboru naturalnego. Nie ma już też mowy o twórczej
wymianie myśli z przyjaciółmi – nawet w połowie postępującego
procesu chorobowego ofiara myśli przeważnie o wiele
szybciej, niż może ubrać to w słowa, rozmowa staje się więc
urywana, frustrująca, a w końcu traci sens.
Wydanie I
Format: 125x205 mm
oprawa twarda, foliowana
Liczba stron: 216
Przekład z języka angielskiego Hanna Jankowska
Tytuł: Pensjonat pamięci
Tony Judt, jeden z największych intelektualistów świata, w poruszającej opowieści o życiu i walce z nieuleczalną chorobą.
"Kieszonkowej kolejce z Murren towarzyszy swego rodzaju ścieżka. W kawiarence w połowie drogi – jedyny przystanek na całej linii – serwują tradycyjną szwajcarską strawę dla podróżnych. Wznosząca się powyżej góra stromo opada w dolinę. Można wspiąć się tam, gdzie stoją letnie zagrody dla krów, kóz i pasterzy. A można też poczekać na następny pociąg: punktualny, przewidywalny, precyzyjnie co do sekundy. Nic się nie dzieje – to najszczęśliwsze miejsce na ziemi. Nie możemy wybierać, gdzie zacznie się nasze życie, ale zakończyć je możemy tam, gdzie chcemy. Wiem, gdzie się znajdę: będę jechał donikąd tą małą kolejką, po wieczne czasy".
Tony Judt
Opinie:
"Życie jest silniejsze niż śmierć. Tony Judt - choć umierający, przykuty dzień i noc do swojego łóżka - zdradzał niewiarygodną wprost chęć istnienia. I tworzenia. W innym wypadku nie powstałby Pensjonat pamięci – zbiór pocztówek-esejów, utkany z podróży w otchłań własnych wspomnień. Bo pamięć, jak mówił Luis Buñuel, jest całym naszym życiem.
Teksty Judta zachwycają. To lekcja najwyższej erudycji, przenikliwości spojrzenia i błyskotliwej ironii. Przykuwają uwagę, gdyż odsłaniają chorobliwą wręcz ciekawość świata i ludzi. Ciekawość nie jest więc w tym przypadku pierwszym krokiem do piekła, lecz do nieba. I Judt nas tam zabiera".
Jarosław Makowski
"Tony Judt stał się dla wielu wzorem heroicznej postawy wobec nieuleczalnej choroby, która dosięgła go w pełni sił twórczych. Był jednak przede wszystkim wybitnym intelektualistą, którego uczciwość, odwaga głoszenia niepopularnych poglądów, a także empatia i zrozumienie problematyki Europy Wschodniej, zwłaszcza Czech, nie miały sobie równych. 'Dzięki nauce czeskiego stałem się zupełnie innym naukowcem, historykiem i człowiekiem' – napisał w Pensjonacie pamięci. Przyznaję: warto było nauczyć się czeskiego. Choćby po to, by poznać Tony’ego".
Aleksander Kaczorowski
"Jedną ze wspaniałych cech eseju jest to, jak elegancka ścisłość formy łączy się z radosną giętkością treści. (…) Judt w pełni z tego korzysta, podążając za myślą i wspomnieniem, gdziekolwiek go one wiodą: smaki żydowsko-brytyjskich potraw z czasów dzieciństwa, rozkosze jazdy podmiejską Zieloną Linią, wspaniały nauczyciel języka niemieckiego, doniosłe znaczenie pokojowej w internacie w Cambridge (…), rozważania o edukacji, samochodach, o nauce czeskiego w średnim wieku, o zniewolonych umysłach, o polityce, tożsamości (…). Można by się spodziewać, że zapiski i wspomnienia snute u progu śmierci będą nią naznaczone, ale myśl Judta nie ginie w elegijnym tonie ani nie cichnie. Dociekliwość, śmiałość, poczucie humoru i przejrzystość stylu to cechy człowieka trwającego w objęciach życia, nie śmierci".
"The Telegraph"
"Jeden z najwybitniejszych historyków naszych czasów spędza długie bezsenne noce, zagłębiając się w sobie. Cierpi na stwardnienie zanikowe boczne. Może wciąż myśleć jasno. Nie dręczy go ból. Ale nie może się poruszać, wkrótce nie będzie mógł też mówić, zamknięty w niemym paraliżu – „postępującym uwięzieniu bez perspektywy zwolnienia warunkowego” – w miarę jak nieuchronnie zbliża się śmierć.
Ma jednak jedno zajęcie, owoc tych samotnych nocy, gdy w głowie kłębią się bezustannie wspomnienia i myśli. Tony Judt wspomina, jak w dzieciństwie wybrał się z rodzicami na narty do Szwajcarii. Przywołuje w pamięci pensjonat, w którymi mieszkali, świetlicę, jadalnię i kuchnię, ciepłe zakamarki, ciemne zakątki. I oczami duszy przechodzi z pokoju do pokoju, a idąc, układa w głowie eseje, złożone ze wspomnień i rozważań, i dopracowuje je, przepowiada sobie aż do świtu, gdy ktoś bliski będzie mógł spisać jego z trudem wypowiedziane słowa. (…)
Tony Judt miał w sobie sprzeczne duchy, był polemistą i prorokiem, filozofem i pamflecistą, ale przede wszystkim – taki jego obraz wyłania się z tych stron – potrafił rzucać na znane sprawy nowe światło. Warto go słuchać".
"The Guardian"
"Pensjonat pamięci to dzieło historyka zmuszonego do obywania się bez narzędzi, na których zwykł dotąd niewzruszenie polegać. Mówi się, że w chwili śmierci całe życie przebiega nam przed oczami. Cudowne możliwości współczesnej medycyny podtrzymywały Tony’ego Judta przy życiu, rozciągając czas umierania na kilka wyczerpujących lat. To więc, co zwykle zamyka się w mgnieniu oka, jest tu opowiedziane szczegółowo i dokładnie. (…) Można niemal poczuć, jak jak dusza opuszcza z wolna jego ciało, pozostawiając nam wszakże żywy dorobek jego życia".
"The New York Times"
Fragment:
1. Pensjonat pamięci
Słowo chalet kojarzy mi się z bardzo konkretnym obrazem.
Przywołuje w pamięci mały pensione, rodzinny hotelik w niemodnej
miejscowości Chesieres u podnóża bogatego kurortu
narciarskiego Villars we francuskojęzycznej części Szwajcarii.
Spędzaliśmy tam zimowe wakacje chyba w 1957 albo 1958
roku. Jazda na nartach – a w moim przypadku na sankach –
jakoś nie bardzo utkwiła mi w pamięci. Pamiętam tylko, że
rodzice i wujek wlekli się po oblodzonej kładce w górę, do
wyciągów, i tam upływał im cały dzień, a nad miejsca uciech
„po nartach” przedkładali spokojny wieczór w schronisku.
Dla mnie najmilszą częścią zimowych wakacji były zawsze
wczesne popołudnia, kiedy porzucało się monotonne
rozrywki na śniegu na rzecz ciężkich foteli, gorącego wina,
treściwego wiejskiego jadła i długich wieczorów spędzanych
we wspólnej sali, gdzie można się było odprężyć w towarzystwie
obcych ludzi. Ale co to byli za ludzie! Osobliwość małego
pensione w Chesieres polegała na tym, że ściągali tu drugorzędni
brytyjscy aktorzy, spędzający urlop w dalekim, obojętnym
cieniu swoich bardziej wziętych kolegów po fachu, którzy wypoczywali
wyżej w górach.
Drugiego wieczora po naszym przybyciu z jadalni dobiegła
salwa przekleństw o seksualnej treści, które wzburzyły
moją matkę. Brzydkie słowa nie były jej obce – dorastając,
miała w zasięgu słuchu stare West India Docks – ale przeszedłszy
przez uładzony czyściec salonu fryzjerskiego dla pań,
zdążyła się wysferzyć i nie miała zamiaru narażać rodziny na
takie plugastwo.
Pani Judt przemaszerowała przez salę do stolika, skąd dobiegały
nieprzyzwoite słowa, i poprosiła, żeby przestać – tu są
dzieci. Ponieważ moja siostra miała niespełna pół roku, a ja
byłem poza nią jedynym dzieckiem w całym hotelu, prośba ta
miała zapewne na względzie moje dobro. Młodzi i, jak się później
domyśliłem, bezrobotni aktorzy, z których ust wyrwał się
ten niestosowny potok słów, natychmiast przeprosili i zaproponowali,
żebyśmy przysiedli się do nich i razem zjedli deser.
Była to wspaniała ekipa, przynajmniej w oczach wszystkowidzącego
(i wszystkosłyszącego) dziesięciolatka, który się
znalazł wśród tych ludzi. Wtedy jeszcze nikt o nich nie słyszał,
choć niektórych czekała świetna przyszłość, jak Alana
Badela, który dopiero później miał zostać wybitnym odtwórcą
ról szekspirowskich i zagrać w znanych filmach (Dzień Szakala).
Przede wszystkim jednak spotkałem tam żywiołową
Rachel Roberts, która wkrótce miała zasłynąć w rolach rozczarowanych
robotniczych żon w najwybitniejszych powojennych
filmach brytyjskich (Z soboty na niedzielę, Sportowe życie,
Szczęśliwy człowiek). To Roberts wzięła mnie pod swoje skrzydła,
mamrocząc niedające się powtórzyć przekleństwa barytonem
podlanym whisky, który pozostawił mi niewiele złudzeń
co do jej przyszłości, wprawiając mnie zarazem w pewne pomieszanie
co do mojej własnej. Podczas tamtych wakacji nauczyła
mnie pokera, różnych sztuczek z kartami oraz tylu
brzydkich słów, że nie starczyło mi czasu, żeby je zapomnieć.
Może dlatego szwajcarski hotelik przy głównej ulicy
Chesieres pozostał w mojej pamięci milszym i bardziej
trwałym wspomnieniem niż inne bez wątpienia identyczne
drewniane budynki, w których na przestrzeni lat sypiałem.
W pensjonacie w Chesieres przebywaliśmy zaledwie jakieś
dziesięć dni, a wróciłem do niego tylko raz i na krótko. Nawet
dziś potrafię jednak opisać jego kameralny styl.
Było tu parę niezwyczajnych w tym otoczeniu udogodnień:
do środka wchodziło się na poziomie półpiętra, oddzielającego
niewielką suterenę od pomieszczeń służbowych na
głównym piętrze. Półpiętro miało odseparować sportowe akcesoria,
z których skapywała woda (narty, buty, kijki, kurtki,
sanki itp.), od przytulnych i suchych sal ogólnych. Te ostatnie,
rozmieszczone po obu stronach recepcji, miały wielkie,
przyciągające wzrok okna, które wychodziły na główną ulicę
miasteczka i otaczające je strome wąwozy. Dalej były kuchnie
i inne pomieszczenia służbowe, ukryte za szerokimi i bardzo
stromymi schodami prowadzącymi na piętro, gdzie znajdowały
się sypialnie.
Pokoje starannie podzielono na lepiej wyposażone, po
lewej, i mniejsze, pojedyncze, bez umywalek, położone dalej.
Taki układ był zapewne przemyślany. Za nimi znajdowały
się wąskie schody, wiodące na strych, gdzie mieszkali
pracownicy (z wyjątkiem szczytu sezonu). Nie sprawdziłem
tego, ale nie sądzę, żeby było więcej niż dwanaście pokoi dla
gości, a do tego trzy sale ogólne i otaczająca je wspólna przestrzeń.
Był to hotelik dla małych rodzin o skromnych dochodach,
w bezpretensjonalnym miasteczku nieżywiącym
ambicji wyrastających ponad jego położenie geograficzne.
W Szwajcarii musiało być z dziesięć tysięcy takich hotelików.
Tak się złożyło, że wygląd jednego z nich potrafię niemal
idealnie odtworzyć w pamięci.
Przez następne pięćdziesiąt lat pensjonat w Chesieres raczej
nie zaprzątał moich myśli, poza tym, że czasem przywoływał
pogodne wspomnienia. Odkąd jednak w 2008 roku
zdiagnozowano u mnie stwardnienie zanikowe boczne (ALS)
i szybko zrozumiałem, że najprawdopodobniej nigdzie już nigdy
nie pojadę – i bardzo mi się poszczęści, jeśli będę w ogóle
mógł pisać o swoich podróżach – hotelik w Chesieres uporczywie
przychodził mi na myśl.
Ta szczególna choroba neurodegeneracyjna ma to do siebie,
że umysł człowieka pozostaje w niej jasny, może snuć rozważania
o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, ale chory
zostaje stopniowo pozbawiony wszelkich możliwości przetworzenia
tych rozważań na słowa. Najpierw okazuje się, że
nie możesz już sam pisać, potrzebujesz pomocnika albo maszyny,
żeby utrwalić myśli. Następnie odmawiają posłuszeństwa
nogi i tracisz zdolność nabywania nowych doświadczeń,
chyba że kosztem tak złożonych zabiegów logistycznych, że
przedmiotem uwagi staje się sama możność poruszania, a nie
korzyści, jakie może przynieść.
Potem zaczynasz tracić głos, i to nie tylko w sensie metaforycznym,
tak że musisz się wysławiać za pomocą różnych
mechanicznych bądź ludzkich pośredników. Tracisz głos dosłownie,
ponieważ mięśnie przepony nie potrafią już przepompować
dostatecznej ilości powietrza, która mogłaby wprawić
struny głosowe w drgania niezbędne do wydania dźwięków
mających sens. Na tym etapie masz już prawie na pewno porażone
wszystkie cztery kończyny i skazany jesteś na pozostawanie
przez długie godziny w milczeniu i bezruchu, przy
innych osobach albo bez nich.
Jest to niezwykłe wyzwanie dla kogoś, kto nadal chciałby
przekazywać słowa i myśli. Nic już po żółtym notatniku
i bezużytecznym ołówku. Do przeszłości należą odprężające
przechadzki po parku czy ćwiczenia na siłowni, podczas których
pomysły i ciągi zdarzeń same się układają, niczym za
sprawą doboru naturalnego. Nie ma już też mowy o twórczej
wymianie myśli z przyjaciółmi – nawet w połowie postępującego
procesu chorobowego ofiara myśli przeważnie o wiele
szybciej, niż może ubrać to w słowa, rozmowa staje się więc
urywana, frustrująca, a w końcu traci sens.
Wydanie I
Format: 125x205 mm
oprawa twarda, foliowana
Liczba stron: 216
Przekład z języka angielskiego Hanna Jankowska











