Autor: Walter Isaacson
Tytuł: Einstein. Jego życie, jego wszechświat



Wiemy, kim był Albert Einstein. Znamy - przynajmniej pobieżnie - listę jego najważniejszych dokonań, łącznie z najsłynniejszym wzorem świata, pamiętamy o nagrodzie Nobla, a także bez trudu przywołujemy z pamięci wizerunek uśmiechniętego mężczyzny z bujną, niesforną czupryną.

Niezwykłość biografii Isaacsona polega nie tylko na tym, że dzięki niej uświadamiamy sobie, jak mało w gruncie rzeczy wiemy. I nie tylko na tym, że weryfikuje obiegowe opinie, jak choćby tę o Einsteinie niemiłosiernie ponoć rzępolącym na skrzypcach.

Książka Waltera Isaacsona jest wyjątkowa, ponieważ jasno pokazuje, w jaki sposób Albert Einstein został wielkim Einsteinem. Bynajmniej nie było mu to przeznaczone. W trudnych i zniechęcających początkach kariery mógł równie dobrze obrać inną drogę; zostać dyrektorem urzędu patentowego w Bernie lub znakomitym konstruktorem nowatorskich urządzeń elektrycznych.
Pomysłowość, upór, pracowitość, wielka wiedza i niespożyta energia - te cechy sprawiły, że wbrew wszelkim przeciwnościom (również takim jak żydowskie pochodzenie) Einstein dostał się do panteonu naukowych sław wszechczasów. Isaacson opisuje nie tylko życie swojego bohatera; wiele miejsca poświęca też jego naukowej działalności, przystępnie tłumacząc zawiłości jego teorii, a także na każdym kroku podkreśla, czego przede wszystkim powinniśmy uczyć się od Einsteina.

Opinie:

Isaacson skupia się na Einsteinie - człowieku: charyzmatycznym i pełnym namiętności, który często niedbale podchodził do spraw osobistych, nie przepraszał za swoje poglądy i mówił bez ogródek, że nikt nie powinien być zmuszany do poświęcania osobistej wolności na ołtarzu ojczyzny.
„The Publishers Weekly"

W dociekliwej biografii Einsteina, Isaacson objaśnia temperament nonkonformisty i filozofa, wyjątkową naturę jego geniuszu, a wszystko to osadza w bogatym kontekście społecznym. Wyjaśnia też „zadziwiające, tajemnicze i zaskakujące" osiągnięcia naukowe Einsteina i ich doniosłe konsekwencje.
„The Booklist"

Znakomita, klarowna biografia Einsteina.
„Vanity Fair"


Fragment:

Na wszystkich dzisiejszych technologiach da się odnaleźć „odciski palców" Einsteina. Komórki fotoelektryczne i lasery, energia atomowa i włókna światłowodowe, podróże kosmiczne i półprzewodniki... - wszystko to wywodzi się z jego teorii. Einstein podpisał list do Franlina D. Roosevelta, ostrzegający przed możliwością zbudowania bomby atomowej, i teraz, kiedy widzimy zdjęcia atomowego grzyba, przez myśl przelatuje nam słynny Einsteinowski wzór na stosunek energii do masy.
Einstein zdobył sławę, gdy obserwacje zaćmienia Słońca z 1919 roku potwierdziły jego teorię, że grawitacja odchyla światło. Zbiegło się to w czasie z nowym zjawiskiem w kulturze - swoistym kultem celebrities. Einstein stał się gwiazdą, naukową „supernową" i humanistyczną ikoną, jedną z najsłynniejszych postaci naszego globu. Opinia publiczna nie miała zbytniej ochoty zgłębiać jego teorii, ale zaczęła go ochoczo czcić jako geniusza i kogoś w rodzaju świeckiego świętego.
Czy gdyby nie miał tej elektryzującej aureoli włosów i świdrującego spojrzenia, byłby wciąż ulubioną postacią z plakatów? Pozwólmy sobie na mały eksperyment - wyobraźmy sobie Einsteina wyglądającego jak Max Planck czy Niels Bohr... Czy i wówczas stałby się „celebrytą"? Czy trafiłby do panteonu nauki, obok Arystotelesa, Galileusza i Newtona?
Z pewnością. Jego wielkość nie potrzebowała bowiem popkulturowej propagandy - to popkultura potrzebowała Einsteina. Oczywiście jego dzieło nosi wyraźne indywidualne piętno. To tak, jak z obrazami Picassa - od razu widać, że to Picasso. Einstein dokonywał wielkich skoków intelektualnych i formułował wspaniałe teorie we własnej głowie, a nie dzięki metodycznej indukcji opartej na danych doświadczalnych. Teorie, które dzięki temu powstawały, były czasem szokujące i tajemnicze, często sprzeczne z utartymi poglądami, a jednak potrafiły zadziałać na wyobraźnię wielkich rzesz ludzi. Takie idee jak względność czasu i przestrzeni, wzór E=mc², odchylenie światła, odkształcenie przestrzeni nie były powszechnie rozumiane, ale działały na emocje.
[...]


„Nowe idee przychodzą nagle, i to raczej intuicyjnie - powiedział kiedyś Einstein, ale potem zawahał się i dodał: - Tylko że intuicja nie jest niczym innym jak rezultatem wcześniejszych doświadczeń intelektualnych".
Einsteinowskie odkrycie teorii względności wymagało zaangażowania intuicji opartej na dziesięcioletnich doświadczeniach - tak intelektualnych, jak i osobistych. Największe znaczenie miały tu, jak sądzę, jego głębokie zrozumienie i znajomość fizyki teoretycznej. Pomocna była też zdolność do wizualizacji eksperymentów myślowych, rozwinięta podczas nauki w Aarau. Nie bez znaczenia było również obycie z filozofią: od Hume'a i Macha przejął Einstein sceptycyzm wobec rzeczy, których nie da się zaobserwować. Sceptycyzm ten brał się także z jego wrodzonej skłonności do kwestionowania autorytetów.
Częścią tej szczęśliwej kompozycji - wzmacniającą zapewne zarówno jego umiejętność wizualizacji, jak i zdolność trafiania w samo sedno problemu - było techniczne środowisko, w którym Albert się wychował i pracował. Stryjowi Jakobowi pomagał w usprawnianiu generatorów. Przy swoim biurku w urzędzie patentowym analizował masy wniosków z nowymi metodami koordynacji zegarów. W pracy miał szefa, który zachęcał go do pielęgnowania wrodzonego sceptycyzmu. Mieszkał niedaleko wieży zegarowej i dworca kolejowego, a nad berneńskim urzędem telegraficznym. I było to w czasie, gdy Europa zaczęła stosować sygnały elektryczne do synchronizacji zegarów w poszczególnych strefach czasowych. Przydała się też Albertowi przyjaźń z inżynierem Michele Besso, który współpracował z nim przy badaniu urządzeń elektromechanicznych. Oczywiście ranking tych czynników pozostaje kwestią subiektywnej oceny. Nawet sam Einstein nie był pewien, jak ten proces się rozwijał. „Niełatwo powiedzieć, jak doszedłem do teorii względności. Moją myśl motywowało wiele ukrytych kompleksów".
Jedyne, o czym możemy mówić z jako takim przekonaniem, to główny punkt wyjścia Einsteina. Jak sam wielokrotnie wspominał, jego wędrówka ku teorii względności zaczęła się wówczas, gdy jako szesnastolatek zaczął się zastanawiać nad hipotetyczną podróżą na promieniu światła, z właściwą światłu prędkością. Rozmyślania te doprowadziły do pewnego „paradoksu", nurtującego Einsteina przez następne dziesięć lat:

Jeżeli podążam za promieniem światła z prędkością c (prędkość światła w próżni), powinienem widzieć promień jako nieruchome, przestrzennie oscylujące pole elektromagnetyczne. Takiego zjawiska nie da się jednak zaobserwować, na co wskazuje zarówno doświadczenie, jak i równania Maxwella. Od samego początku było dla mnie intuicyjnie jasne, że z punku widzenia takiego obserwatora wszystko musi podlegać tym samym prawom, którym podlega obserwator nieruchomy. Skąd ten pierwszy obserwator mógłby wiedzieć lub ustalić, że znajduje się w szybkim ruchu jednostajnym?
Jak widać paradoks ten zawiera już zarodek szczególnej teorii względności.

Ten myślowy eksperyment nie podważał jeszcze całkowicie teorii fal świetlnych rozchodzących się w eterze. Teoretyk opowiadający się za istnieniem eteru mógłby sobie wyobrazić zamrożony promień świetlny. Gwałciło to jednak intuicyjne przekonanie Einsteina, że prawa optyki winny się trzymać zasady względności. Innymi słowy, równania Maxwella określające prędkość światła powinny się sprawdzać dla wszystkich obserwatorów poruszających się ze stałą prędkością. Nacisk, jaki kładł Einstein w swoich wspomnieniach na pomysł zamrożonego promienia - czy też zamrożonych fal elektromagnetycznych - świadczy o tym, że idea ta szczególnie mu nie odpowiadała, choć początkowo była to niechęć intuicyjna.
Poza tym czuł, że ów myślowy eksperyment zwiastuje konflikt między newtonowskimi prawami mechaniki a stałą prędkością światła z równań Maxwella. Wszystko to wprawiało go w dokuczliwy stan „psychicznego napięcia". Jak wspominał później: „Na samym początku, kiedy szczególna teoria względności zaczynała dopiero we mnie kiełkować, targały mną rozmaite konflikty emocjonalne. Gdy byłem młody, całe tygodnie upływały mi w stanie konfuzji".
[...]


Pomysł Einsteina polegał na tym, by odrzucić pojęcia „niemające żadnego związku z doświadczeniem", takie jak „absolutna równoczesność" czy „absolutna odległość".
Powinniśmy jednak podkreślić - i to z całą mocą - że z teorii względności nie wynika bynajmniej, że „wszystko jest względne" albo że wszystko jest subiektywne. Teoria ta głosi natomiast, że pomiary czasu, jego upływu i równoczesności, mogą być względne, zależne od ruchu obserwatora. To samo dotyczy pomiarów przestrzeni: długości i odległości. Jednakże czas i przestrzeń łączą się ze sobą, tworząc czasoprzestrzeń - i ta jest niezmienna we wszelkich inercjalnych ramach. Niezmienne są też inne rzeczy, takie jak prędkość światła.
W istocie Einstein przez pewien czas zastanawiał się, czy nie nazwać swej teorii „teorią niezmienności", ale ostatecznie porzucił ten pomysł. W 1906 roku Max Planck użył terminu Relativtheorie, a w 1907 sam Einstein, w korespondencji ze swym przyjacielem Paulem Ehrenfestem określił swą teorię jako Relativitätstheorie.
Można zrozumieć, czemu Einstein wolał mówić raczej o niezmienności niż o tym, że wszystko jest względne. Pomyślmy, jak daleko może dotrzeć wiązka światła w króciutkim odcinku czasu. Dystans ten wynosi tyle, ile ogromna prędkość światła pomnożona przez liczbę sekund. Gdybyśmy obserwowali z peronu to, co dzieje się w pędzącym z tak olbrzymią prędkością pociągu, zauważylibyśmy, że czas płynie w nim wyraźnie wolniej, a odległości się kurczą. Istnieje jednak związek pomiędzy tymi dwiema wielkościami - czasem i przestrzenią - który pozostaje niezmienny, niezależnie od układu odniesienia.
Bardziej skomplikowanej metody zrozumienia teorii względności użył Hermann Minkowski, wykładowca matematyki na politechnice zuryskiej z czasów studiów Einsteina. W rozmowie z Maksem Planckiem nie mógł ukryć zdziwienia: „To ogromne zaskoczenie, bo za swoich studenckich lat Einstein był leniwy jak pies. On się w ogóle nie przykładał do matematyki".
Minkowski postanowił nadać teorii Einsteina bardziej sformalizowaną, matematyczną postać. Jego podejście przypominało poglądy podróżnika w czasie z wielkiej powieści Wehikuł czasu Wellsa, opublikowanej w 1895 roku: „W rzeczywistości istnieją cztery wymiary: trzy, które nazywamy trzema płaszczyznami przestrzeni, i czwarty - czas". Minkowski nadał wszystkim wydarzeniom formę matematycznych współrzędnych w czterowymiarowej przestrzeni (z czasem jako czwartym wymiarem). To pozwalało na różne transformacje, choć matematyczne relacje między tymi wydarzeniami pozostawały niezmienne. Minkowski ogłosił swoje wyniki w wykładzie w 1908 roku: „Poglądy na temat czasu i przestrzeni, które chcę państwu przedstawić, wyrosły na glebie fizyki doświadczalnej i w tym kryje się ich siła. Są to poglądy radykalne. Od tej pory przestrzeń i czas rozważane każde oddzielnie są skazane na odejście w cień, a przetrwa tylko połączenie tych dwóch wielkości".
Einstein, dla którego matematyka wciąż nie była najmocniejszą stroną, określił pracę Minkowskiego jako „zbyteczne belferskie wymądrzanie się" i żartował: „Odkąd matematycy zagarnęli moją teorię względności, sam ją coraz gorzej rozumiem". Ale w gruncie rzeczy podziwiał rzemiosło Minkowskiego i poświęcił mu jeden z rozdziałów swojej popularnej książki o teorii względności z 1916 roku.
Mogłoby więc dojść do nadzwyczaj owocnej współpracy. Niestety, pod koniec 1908 roku Minkowski znalazł się w szpitalu, dotknięty tragicznym w skutkach zapaleniem otrzewnej. Na łożu śmieci stwierdził podobno: „Jaka szkoda, że muszę umierać w chwili, gdy pojawiła się teoria względności".
Raz jeszcze nasuwa się pytanie, dlaczego to Einstein, a nie ktoś z jego współczesnych, stworzył tę teorię. Do wielu jej komponentów doszli już wcześniej Lorentz i Poincaré. Ten ostatni kwestionował nawet otwarcie absolutną naturę czasu.
Rzecz w tym, że zarówno Lorentz, jak i Poincaré zatrzymali się w pół kroku. Nie powiedzieli, że nie ma potrzeby zakładać istnienia eteru, że nie ma czegoś takiego jak stan absolutnego spoczynku, że czas jest zależny od ruchu obserwatorów - tak jak i przestrzeń. Obaj ci uczeni, jak zauważył fizyk Kip Thorne, „po omacku zmierzali w kierunku takiej samej rewizji pojęć czasu i przestrzeni, jaką zaproponował Einstein, lecz brnęli przez mgłę błędnych wyobrażeń, narzuconych przez fizykę newtonowską".
Einstein natomiast potrafił to uczynić: „Przekonanie, że Wszechświat kocha prostotę i piękno, i pragnienie, by owo przekonanie przyświecało jego poszukiwaniom, jeśli nawet miałoby to oznaczać zburzenie podstaw fizyki newtonowskiej, ze zdumiewającą jasnością myśli, której inni nie byli w stanie osiągnąć, przywiodło go ku nowemu obrazowi przestrzeni i czasu".
Poincaré nigdy nie ustalił związku pomiędzy względnością równoczesności i względnością czasu i „zatrzymał się w pół kroku" przed zrozumieniem wagi swych własnych przemyśleń na temat czasu lokalnego. Skąd to wahanie? Pewnie stąd, że pomimo ciekawych pomysłów i przypuszczeń był zbyt wielkim tradycjonalistą, by wykazać się owym duchem rebelii, którego nie brakowało nieznanemu inspektorowi patentowemu z Berna.
[...]


Zgodnie z przewidywaniami Kleinera Einstein rozwijał się szybko jako nauczyciel. Nie był najlepszym mówcą, ale do przekazywania wiedzy studentom wykorzystywał swój bezpośredni styl bycia. „Gdy po raz pierwszy pojawił się na katedrze, w pomiętym ubraniu i zbyt krótkich spodniach, przyjęliśmy go sceptycznie" - wspominał Hans Tanner, który wysłuchał większości zuryskich wykładów Einsteina. Młody profesor zamiast starannych notatek przynosił na nie masę karteluszków zapełnionych jakimiś gryzmołami. Studenci obserwowali więc, jak kształtowały się jego idee. „Uzyskaliśmy pewien wgląd w jego technikę pracy - opowiadał Tanner. - Ceniliśmy to bardziej niż każdy inny, choćby perfekcyjnie wymuskany wykład".
Po każdym etapie rozumowania Einstein robił przerwę i pytał studentów, czy za nim nadążają. Pozwalał nawet sobie przerywać. „Taki koleżeński styl w relacjach między profesorem i studentami był wówczas rzadkością" - twierdził Adolf Fisch, inny słuchacz Einsteina z okresu zuryskiego. Czasami wykładowca robił dłuższe przerwy i wtedy studenci zbierali się wokół niego na roboczą dyskusję. „Tak się nieraz zapalał, że brał któregoś z nas pod ramię i klarował mu jeszcze raz omawianą kwestię" - wspominał Tanner.
Podczas jednego z wykładów Einstein stracił na chwilę wątek i nie wiedział dobrze, jak zakończyć obliczenie. „Tu musi być jakieś głupie przekształcenie matematyczne, ale zapomniałem, jakie... Czy może któryś z panów pamięta? Nie? W takim razie zostawcie sobie trochę miejsca w notatkach... Nie będziemy tracić czasu!" Dziesięć minut później Einstein przerwał sam sobie i wykrzyknął: „Już mam!" „W trakcie skomplikowanego wywodu potrafił się jednocześnie zastanawiać nad potrzebnym przekształceniem wzoru" - zachwycał się Tanner.
Swoje wieczorne wykłady Einstein kończył często pytaniem: „To kto idzie teraz do Café Terasse?" Tam, na kawiarnianym tarasie nad rzeką Limmat, profesor dyskutował ze swymi studentami aż do zamknięcia lokalu.
Pewnego razu zapytał, czy któryś ze słuchaczy nie poszedłby z nim do domu. „Dostałem dziś rano robotę od Plancka. Musi tam być jakiś błąd. Moglibyśmy to przeczytać razem". Tanner i jeszcze jeden student zaofiarowali się z pomocą. W mieszkaniu profesora natychmiast zagłębili się w lekturze artykułu Plancka. „Szukajcie błędu, a ja tymczasem zrobię kawę" - rzucił Einstein.
Po chwili Tanner powiedział: „Musiał się pan pomylić, profesorze. Tu nie ma żadnego błędu". „Jest, jest - odparł Einstein. - Ale nie w samych obliczeniach, tylko gdzieś tu". I wskazał jakieś rozbieżności w danych. „Gdyby wszystko było w porządku, wynik byłby taki a taki..." Był to świetny przykład niezwykłej zalety Einsteina: potrafił analizować skomplikowane równania matematyczne, które dla innych były czystą abstrakcją, i jednocześnie nie tracić z oczu fizycznej realności, która się za takimi równaniami kryła.
Tanner był zdumiony. „W takim razie trzeba napisać do profesora Plancka - zasugerował - i powiedzieć mu o błędzie". Ale Einstein stał się już bardziej taktowny, zwłaszcza wobec ludzi, których stawiał na piedestale, takich jak Planck czy Lorentz. „Nie powiemy mu, że popełnił błąd - postanowił. - Zresztą wynik jest w zasadzie poprawny, tylko dowód został źle przeprowadzony. Napiszemy więc Planckowi po prostu, jak powinien wyglądać poprawny dowód. Najważniejsza jest treść, a nie ta cała matematyka".
[...]


Mileva podupadła wówczas na zdrowiu - tak fizycznym, jak i psychicznym. W lipcu 1916 dokuczały jej problemy z sercem, a lekarze zalecili leżenie w łóżku. Chłopcy zamieszkali wówczas u Michele Besso, a potem przenieśli się do Lozanny, do starej przyjaciółki matki, Helene Savić, która schroniła się tu przed wojną.
Besso i Zangger próbowali ściągnąć Einsteina z Berlina, by zajął się synami. Ale ten wahał się. „Jeśli pojadę do Zurychu, to moja żona zażąda widzenia się z mną - napisał do Besso. - Ja zaś będę musiał jej odmówić. Po części dlatego, że podjąłem już w tej sprawie niezmienne postanowienie, a po części dlatego, by jej oszczędzić niepotrzebnego zdenerwowania. Poza tym sam wiesz, że moje osobiste relacje z dziećmi pogorszyły się tak bardzo podczas mojego ostatniego pobytu w Zurychu (mimo nader obiecujących początków), że wątpię, by moja obecność stała się dla nich jakimś wsparciem".
Einstein podejrzewał, że choroba żony ma podłoże psychiczne, a nawet, że jest po części symulowana. „Czy nie jest możliwe, że za tym wszystkim stoją nerwy?" - pytał Zanggera. Wobec Michele Besso był bardziej szczery: „Podejrzewam, że ta kobieta zwodzi was obu - ludzi o dobrych sercach. Kiedy chce coś osiągnąć, nie cofa się przed niczym. Nie masz pojęcia o naturalnej przebiegłości kobiet". Podobnego zdania była matka Alberta. „Mileva nigdy nie była tak chora, jak ci się zdawało" - powiedziała Elsie.
Einstein poprosił Besso, by ten na bieżąco informował go o sytuacji. Pozwolił sobie nawet na odrobinę naukowego dowcipu, pisząc, że nie oczekuje w tych raportach „logicznej ciągłości", bo „żyjemy przecież w epoce teorii kwantów". Przyjaciel odpisał mu jednak cierpko, że marny stan zdrowia Milevy nie jest żadnym „szachrajstwem", lecz wynika z wielkiego napięcia emocjonalnego. Żona Michele, Anna, była na Einsteina wyraźnie oburzona: w postscriptum do listu męża zwracała się do Alberta per Sie (pan).
W końcu Einstein wycofał się z oskarżeń, że Mileva symuluje chorobę, ale upierał się nadal, że jej dolegliwości nerwowe nie mają żadnego uzasadnienia. „Ona prowadzi życie wolne od trosk, ma przy sobie udanych synów, mieszka w przepięknej okolicy, robi ze swoim czasem, co chce, i ciągle gra skrzywdzoną cierpiętnicę" - napisał do Michele Besso.
Einsteina dotknęło szczególnie chłodne postscriptum, które omyłkowo wziął za słowa Michele, a nie Anny. Dodał więc tym razem własne postscriptum: „Rozumieliśmy się dobrze przez dwadzieścia lat, a teraz widzę, że traktujesz mnie nieprzyjemnie za sprawą kobiety, która nie ma z Tobą nic wspólnego. Opanuj się!" Jednak jeszcze tego samego dnia uczony spostrzegł, że dopisek, który tak go zabolał, jest autorstwa żony przyjaciela, więc posłał od razu następny list, z przeprosinami.
Mileva, za radą Zanggera, wyjechała do sanatorium. Einstein wciąż nie chciał przyjechać do Zurychu, choć jego synowie byli teraz w domu sami, jedynie pod opieką służącej. Powiadomił jednak Zanggera, że zmieniłby zadanie, gdyby ten uznał to za „właściwe". Ale Zangger nie wyraził takiej opinii. „Napięcie między obiema stronami jest zbyt silne" - powiedział w rozmowie z Michele Besso, który przyznał medykowi rację.
Einstein kochał jednak swoich synów i nie przestawał o nich myśleć. Poprosił Zanggera, by przekazał chłopcom, że w razie śmierci matki ojciec weźmie ich pod swoje skrzydła. „Sam wychowam swoich synów - pisał. - Mógłbym ich uczyć osobiście tak długo, jak się da". W różnych listach, pisywanych w następnych miesiącach, uczony snuł rozmaite pomysły i fantazje na temat domowej edukacji chłopców. Zapewnił Hansa Alberta, że „ciągle myśli o nich obu".
Jednak jego starszy syn był tak obrażony, a może zraniony, że przestał odpisywać na listy ojca. „Wydaje mi się, że temperatura jego uczuć do mnie spadła poniżej zera - żalił się Einstein w liście do Besso. - No, ale w takich warunkach zareagowałbym pewnie podobnie". Po tym, jak w ciągu trzech miesięcy Hans Albert nie odpowiedział mu na trzy listy, napisał do syna otwarcie: „Czy już nie pamiętasz, że masz ojca? Czy mamy się już nigdy nie zobaczyć?"
W końcu chłopiec odpowiedział, przesyłając obrazek łódki, którą składał z drewnianych elementów. Opisał też powrót matki z sanatorium: „Kiedy mama wróciła do domu, było wielkie święto. Ja zagrałem sonatę Mozarta, a Tete zaśpiewał piosenkę".
Einstein poszedł w tej sytuacji na jedno ustępstwo: postanowił dać na razie spokój ze staraniami o rozwód. Wydaje się, że pomogło to Milevie dojść do siebie. „Postaram się, żeby jej więcej nie denerwować - obiecał swemu przyjacielowi Besso. - Porzuciłem starania o rozwód. A teraz przejdźmy do kwestii naukowych..."
Taki właśnie był - ilekroć sprawy osobiste zaczynały mu nieznośnie ciążyć, szukał ucieczki w pracy. Tam odnajdywał schronienie i wolność. Jak powiedział Helene Savić - zapewne w intencji, by przekazała jego słowa Milevie - miał zamiar wycofać się w sferę naukowej refleksji: „Przypominam dalekowidza, którego zachwyca odległy horyzont, a to, co ma pod nosem, interesuje go jedynie o tyle, że zasłania mu spojrzenie w dal".
Nauka była zatem Einsteinowi pocieszeniem w najgorszych nawet kłopotach rodzinnych. W 1916 roku zaczął znów pisać o kwantach. Przygotował też formalną prezentację swej ogólnej teorii względności, znacznie obszerniejszą, choć tylko trochę łatwiejszą do zrozumienia od tych czterech wykładów z listopada, kiedy ścigał się z Hilbertem.
Co więcej, opracował jej wersję jeszcze przystępniejszą, przeznaczoną dla laików. Była to książka O szczególnej i ogólnej teorii względności, popularna do dziś. By się upewnić, że będzie zrozumiała dla każdego, Einstein czytał ją na głos, strona po stronie, córce Elsy, Margot. Robił przy tym częste pauzy, pytając, czy dziewczyna nadąża za jego myślą. „Tak, Albercie" - odpowiadała niezmiennie, chociaż (jak przyznawała się innym) uważała całą rzecz za kompletną abrakadabrę.
Nauka jako azyl, jako „wielokształtna budowla" zapewniająca ochronę przed bolesnymi problemami osobistymi, stała się tematem jego wystąpienia na obchodach sześćdziesiątych urodzin Maxa Plancka. Miało ono dotyczyć jubilata, ale więcej mówiło o samym Einsteinie. „[...] jednym z najmocniejszych motywów prowadzących do sztuki i nauki jest chęć ucieczki od poprzedniego życia z jego bolesną surowością i beznadzieją pustką - oznajmił uczony. - Człowiek próbuje stworzyć w jakiś odpowiadający mu sposób uproszczony i przejrzysty obraz świata i przezwyciężyć świat przeżyć przez próbę zastąpienia go w pewnym stopniu tym obrazem. Czyni to malarz, poeta, filozof spekulatywny i badacz przyrody, każdy na swój sposób. Do tego obrazu i jego kształtowania przenosi on punkt ciężkości swojego życia uczuciowego, by w ten sposób szukać spokoju i pewności, których nie potrafi znaleźć obracając się w zbyt wąskim kręgu zamkniętego koła osobistych przeżyć".
[...]


Drugie małżeństwo Einsteina różniło się od pierwszego. Nie było w nim romantyzmu ani płomiennych uczuć. Od początku małżonkowie mieli oddzielne sypialnie ulokowane w dwóch końcach przestronnego apartamentu w Berlinie. Nie było też między nimi wspólnoty zainteresowań intelektualnych. Jak później przyznała Elsa, „zrozumienie teorii względności nie było mi potrzebne do szczęścia".
Z drugiej strony miała talenty praktyczne, których często brakowało jej mężowi. Mówiła dobrze po francusku i angielsku, co pozwalało jej występować jako tłumaczka i menedżerka Einsteina podczas wspólnych podróży. „Nie mam wielu uzdolnień, może z wyjątkiem talentu do bycia żoną i matką. Co do matematyki, to korzystam z niej jedynie przy sprawdzaniu domowych rachunków".
Wyznanie to świadczy o skromności Elsy, ale nie oddaje całej prawdy. Pełnienie roli żony - a zarazem matki - Einsteina, a także zarządzanie rodzinnymi finansami i domem nie było z pewnością łatwe. Jej jednak udawało się odgrywać tę rolę z wyczuciem i ciepłem. Choć czasami ujawniała różne pretensje, to ogólnie rzecz biorąc, miała niewymuszony sposób bycia i potrafiła spojrzeć na siebie z dystansem, co korzystnie wpływało na Alberta, który wykazywał podobne cechy charakteru.
Ich małżeństwo było w istocie solidną symbiozą, służąc, na ogół adekwatnie, obojgu małżonków. Elsa była kobietą energiczną i skuteczną w działaniu, gotową wspierać męża i chronić go. Podobało jej się, że jest taki sławny, i nie próbowała tego ukrywać. Doceniała też pozycję społeczną, jaką jej dawał, choć musiała czasami przeganiać dziennikarzy, którzy zbyt natarczywie próbowali naruszać ich prywatność.
On zaś lubił, kiedy się nim opiekowała. Mówiła mu, co ma jeść i dokąd ma pójść. Pakowała jego walizki i wydzielała kieszonkowe. W sytuacjach oficjalnych chroniła go, jak mogła, mówiąc o mężu: „profesor" lub po prostu: „Einstein".
Taki układ pozwalał uczonemu bujać w obłokach i rozmyślać raczej o kosmosie niż o sprawach przyziemnych. „Bóg dał mu tyle wewnętrznego piękna, a ja uważam go za cudownego człowieka, choć życie u jego boku bywa czasami trudne i nerwowe" - powiedziała kiedyś Elsa.
Gdy Einstein znajdował się akurat w okresie intensywnej pracy - a były to sytuacje częste - Elsa „rozumiała potrzebę odsuwania od niego wszystkiego, co mogłoby mu przeszkadzać", jak wspominał jeden z krewnych. Gotowała mężowi ulubione potrawy, na przykład zupę z soczewicy oraz kiełbaski, wołała go na obiad, a potem zostawiała samego, uczony zaś zjadał machinalnie swój posiłek. Ale kiedy marudził, przypominała mu, jak ważne jest dla niego właściwe odżywianie. „Ludzkość ma całe stulecia na różne odkrycia, ale twój żołądek nie może czekać".
Po spojrzeniu męża rozpoznawała, kiedy „zagłębiał się w jakimś problemie". Wiedziała, że nie wolno mu wtedy przeszkadzać. Einstein spacerował wówczas po swojej pracowni, a żona posyłała mu tam jedzenie. A kiedy następowała chwila rozluźnienia, schodził na posiłek, a czasami wychodził też na spacer z Elsą i jej córkami. One same nigdy mu tego nie proponowały. „To on musi poprosić - relacjonowała pewna gazeta po wywiadzie z Elsą. - A kiedy zaprosi je na spacer, to wiadomo, że jego umysł zrobił sobie wolne od pracy".
[...]



seria: Fortuna i fatum
wydanie: I
tytuł oryginału: Einstein. His Life and Universe
gatunek: biografia
przekład: Jarosław Skowroński
oprawa: twarda z obwolutą
format: 16 x 24 cm
liczba stron: 624
ilustracje: zdjęcia




Independent.pl jest patronem medialnym tej książki

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.



Data wydania: 2010-03-17