Autorka: Yoko Ogawa
Tytuł: Muzeum Ciszy
Młody muzealnik przyjeżdża do prowincjonalnego miasteczka, by na zlecenie pewnej starszej pani utworzyć muzeum. Chodzi o kolekcję pamiątek, które kobieta gromadziła od dzieciństwa: niewiele wartych przedmiotów, które łączy tylko jedno - wszystkie zostały ukradzione właścicielom tuż po ich śmierci, nie zawsze naturalnej. Wśród setek rekwizytów znajdują się między innymi mumia psa, wypchana sowa, sekator zmarłego po upadku z drabiny ogrodnika, krążek domaciczny zamordowanej przed laty prostytutki, czy aluminiowe tubki po farbie, która stała się ostatnim pożywieniem umierającej z głodu malarki. Muzealnik ma nie tylko skatalogować wszystkie pamiątki i spisać ich historie - do jego zadań należy także pozyskiwanie nowych eksponatów. I choć początkowo czuł się nieswojo, coraz bardziej fascynuje go obsesja staruszki. To, co miało być sprzeciwem wobec zapomnienia, stopniowo staje się niebezpiecznym fetyszyzmem. A śmierci, nie zawsze naturalnej, jest w miasteczku coraz więcej...
Przeplatające się w tej historii piękno i przemoc Ogawa opisuje spokojnym, przejrzystym językiem. Między eleganckimi zdaniami pełno jednak niedopowiedzeń i wymownego milczenia.
Opinie:
Język prosty, chłodny i zdystansowany, a jednocześnie dojrzały. Poruszające obrazy i wizje. Thriller i dzieło filozoficzne w jednym.
www.amazon.de
Yoko Ogawa potrafi w subtelny, a zarazem przenikliwy sposób opisać mechanizmy ludzkiej psychiki.
Kenzaburo Oë
Intrygująca proza. Rytmiczny wzrost napięcia przypomina najlepsze muzyczne crescendo.
„Elle"
Ogawa zbliża do siebie żywych i zmarłych, oddaje głos tym ostatnim, rozpaczliwie pragnącym uczepić się utraconego życia.
Książki.wp.pl
Zgłębianie mrocznych namiętności to coś, w czym Ogawa osiągnęła niepokojącą biegłość.
„The New York Times"
Fragment:
Pomieszczenie, które nazwano składem, było dawniej pralnią i znajdowało się w wysokiej piwnicy we wschodniej części pałacu. Kiedy starucha otworzyła drzwi, natychmiast poczułem woń czy to pleśni, czy usychającej rośliny, w każdym razie - rozkładającej się materii.
Pokój był dość obszerny, ale panował w nim nieład. Co do czystości też miałem dużo zastrzeżeń. Półki, stoły i szafki poustawiane były chaotycznie, a najróżniejsze przedmioty, które jak się domyśliłem, stanowiły zawartość magazynu, leżały na nich porozrzucane bez żadnej logiki. Ani jedna z tych rzeczy nie sprawiała wrażenia, że znajduje się na swoim miejscu.
Ale to nie bałagan drażnił mnie w tym pokoju najbardziej. Zajęło mi trochę czasu, zanim zrozumiałem, co to naprawdę było.
Zatrzymaliśmy się dopiero mniej więcej na środku pomieszczenia, ale żeby tam dotrzeć, musieliśmy przedzierać się między przedmiotami, ostrożnie stawiając stopy i uważając, by nie zahaczyć o coś ramieniem. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać gniewu staruchy, gdybym przypadkiem zrzucił coś z półki i rozbił. Podłoga wyłożona była kafelkami tworzącymi wzór dość nowoczesnej kraty. Mimo że pokój znajdował się w piwnicy, wąskie okienka w górnej części wysokiej ściany wpuszczały dużo światła. Za nimi widać było zieleń i niebo. Z czasów, kiedy w pomieszczeniu znajdowała się pralnia, pozostał sznur do suszenia rozwieszony pod sufitem, a także stara wyżymaczka i żelazko.
W zasadzie żaden magazyn ze starymi rzeczami nie powinien już mnie zaskoczyć. Lubiłem ślęczeć nad materiałami, zamknięty sam w pomieszczeniu, którego ciszy nie mąci obecność zwiedzających. Mimo to w składzie staruchy nie czułem się dobrze. Coś tutaj było inaczej. Jakby każdy z przedmiotów roztaczał wokół siebie tak silną, indywidualną aurę, że umieszczone razem, eksponaty kłóciły się ze sobą. Nawet w najgorszym, nieuporządkowanym magazynie zbiory należące do tego samego muzeum łączy jakaś wspólna idea, która łagodzi różnice. Tutaj nie było niczego, co nadawałoby przedmiotom charakter zbioru. Nie było też śladu sąsiedzkiej życzliwości, z jaką przedmioty w normalnym magazynie odnoszą się do siebie nawzajem. Nie umiałem się w tym pokoju zrelaksować.
Samochodzik napędzany na szpulkę po niciach i gumkę, złoty ząb, rękawiczka, pędzel malarski, buty do wspinaczki, pędzel do golenia, forma z gipsu ortopedycznego, kołyska... - na próbę przyjrzałem się po kolei każdej rzeczy, która wpadła mi w oko, ale do niczego mnie to nie doprowadziło. Przeciwnie, poczułem się jeszcze bardziej zagubiony.
- To pamiątki po zmarłych - powiedziała starucha. - Po mieszkańcach miasteczka.
Jej głos zabrzmiał ze znacznie bliższej odległości, donośniej niż podczas naszych rozmów w bibliotece.
- Chcę, żebyś zrobił muzeum, które będzie przechowywać i pokazywać te przedmioty.
Dopiero wtedy zrozumiałem, jaki był prawdziwy powód mojego rozdrażnienia. Moja pracodawczyni nie miała wełnianej czapki na głowie. Pomiędzy resztkami siwych włosów dostrzegłem uszy. Były tak maleńkie, że nawet w stosunku do karłowatych wymiarów jej ciała wydawały się zbyt małe. Wyglądały jak podeptane zwiędłe liście i ledwo trzymały się czaszki. W zasadzie pozbawione kształtu małżowiny można by pominąć i uznać, że po uszach zostały tylko otwory prowadzące w głąb głowy.
- Dość dużo tego... - powiedziałem powoli, usiłując przestać myśleć o uszach.
- Zaczęłam je zbierać jesienią tego roku, kiedy skończyłam jedenaście lat. To długa historia, za długa, żeby ją opowiadać. Ale kolekcja ciągle będzie się powiększała.
Dziewczynka podpierała staruszkę ramieniem, a ręką przytrzymywała jej biodra. Doskonale wiedziała, w którym miejscu i z jaką siłą musi manewrować. Wyglądało to tak, jakby ich ciała były ze sobą połączone.
- Kiedy ktoś w miasteczku umierał, starałam się wejść w posiadanie jakiejś jednej rzeczy, która do niego należała. Jak widziałeś, miasteczko jest nieduże, więc ludzie nie umierają tu codziennie. Mimo to dotrzeć do tych rzeczy nie było łatwo. Przekonałam się o tym, kiedy zaczęłam zbierać. Dla jedenastoletniej dziewczynki był to, być może, zbyt wielki ciężar, ale nie poddawałam się. W ten sposób zbieram już kilkadziesiąt lat. Największą trudność sprawiał fakt, że nie zadowalały mnie jakieś mało znaczące pamiątki. Nie mogło to być kimono, które człowiek za życia miał na sobie dwa razy. Nie mogła to być biżuteria, która przeleżała w szufladzie całe życie zmarłej. Albo okulary, które taka osoba założyła raz, na trzy dni przed śmiercią. Nie dawałam się zmylić takimi zupełnie nieistotnymi pamiątkami. Rozumiesz? Potrzebowałam rzeczy, które pełnym głosem zaświadczą o istnieniu osoby, która odeszła. Potrzebowałam prawdziwych pamiątek. Inaczej całe to przedsięwzięcie byłoby tylko marnowaniem wielu lat życia tych ludzi i odsuwaniem w nieskończoność ich ostatecznej śmierci. Pamiątki nie budziłyby żadnych ciepłych wspomnień. Miałyby wyłącznie wartość materialną.
Kobieta przełknęła ślinę i z pewnym smutkiem odgarnęła z czoła wątły kosmyk włosów. Za oknem, wysoko nad nami, niebo przecinał jakiś ptak. Pamiątki po zmarłych w dalszym ciągu otaczały nas swoim milczeniem.
- Na przykład spójrz na to.
Wystarczyło, że starucha mrugnęła powiekami, a dziewczynka natychmiast wyjęła ze sterty pamiątek jeden niepozorny przedmiot i pokazała mi go na wyciągniętej dłoni.
- Co to jest?
Jak na element biżuterii przedmiot był zbyt prosty, a na część maszyny - zbyt słaby. Dziewczynka trzymała w ręce zwyczajne, metalowe kółeczko.
- Mniej więcej pięćdziesiąt lat temu ktoś zabił w hotelu niemłodą już prostytutkę. Najpierw dźgnął ją nożem, a potem obciął jej sutki i zabrał je ze sobą. Było to najstraszniejsze morderstwo w historii miasteczka. Od tego czasu w ogóle nie mieliśmy tu zabójstw. Jak to bywa z prostytutkami, na pogrzeb nie przyszedł nikt z rodziny. Powiedziałam, że byłam jej jedyną bliską przyjaciółką, i pozwolono mi uczestniczyć w kremacji zwłok. Oczywiście skłamałam, żeby wejść w posiadanie jakiejś rzeczy po zmarłej. Z popiołów udało mi się wygrzebać to. Było jeszcze ciepłe, jakby ogrzane jej ciałem. Postanowiłam, że uczynię z tego pamiątkę. To krążek domaciczny zapobiegający ciąży. Teraz to...
Dziewczynka skinęła głową i odłożyła krążek na półkę. Tym razem przyniosła w objęciach słój. Zupełnie jakby się wcześniej umówiły albo porozumiewały jakimś szyfrem, córka bezbłędnie znajdowała akurat tę rzecz, o którą chodziło matce.
W słoju znajdowała się jakaś nieodgadniona zmumifikowana materia organiczna.
- Pewnego dnia na zapalenie płuc umarła staruszka. Niczym się nie wyróżniała. Była po osiemdziesiątce. Od śmierci męża elektryka wiodła samotne życie, uprawiając warzywa w ogródku. Nigdy nie pracowała w żadnym zawodzie ani nie miała artystycznych zamiłowań. Nie rzucała się w oczy, nie miała ani wrogów, ani przyjaciół. Po prostu zwykła stara kobieta, która całe życie poświęciła wypełnianiu domowych obowiązków. Jedyne, na co można by zwrócić uwagę, to pies. Kobieta miała żółtego, kudłatego psa, którego kochała całym sercem. Pies zdechł pół roku wcześniej, też na zapalenie płuc. Bardzo możliwe, że staruszka zmarła właśnie z tego powodu. W każdym razie w testamencie zażyczyła sobie, żeby razem z nią spopielić zwłoki psa, którego pochowała w ogródku. Wobec tego przed pogrzebem zakradłam się do ogródka i wykopałam psie szczątki.
Wytężyłem wzrok i rzeczywiście, zobaczyłem w słoju obleczone sierścią kości. Najwyraźniej nie poddano ich żadnej chemicznej konserwacji. Przednie łapy zgięte były w nienaturalny sposób, szczęki dociśnięte przykrywką, a przylegająca do szkła czaszka ciemnymi oczodołami wpatrywała się gdzieś daleko przed siebie.
- No jak? Łapiesz mniej więcej, o co chodzi? - spytała starucha.
- Tak... mniej więcej. Krążek domaciczny i mumia psa...
Powtórzyłem w myśli wszystko, co powiedziała, ale tylko tyle zdołałem wymamrotać.
- Jednym słowem, nie wszystkie z tych rzeczy uzyskała pani w oficjalny sposób - dodałem.
- W oficjalny sposób? Nie rozśmieszaj mnie. Wytłumaczyłam ci przecież, czym są pamiątki po zmarłych. Te prawdziwe. Nie ma oficjalnych i nieoficjalnych sposobów, żeby wejść w ich posiadanie. Nie jest to może powód do dumy, ale nie mam w miasteczku żadnych przyjaciół ani znajomych, którzy podzieliliby się ze mną pamiątkami po swoich bliskich. Dawniej miałam kilkoro, ale wszyscy umarli. W każdym razie moje przedsięwzięcie wymagało zdecydowanych kroków. Inne nie zdają egzaminu. Większość z tych rzeczy jest kradziona. Ja je ukradłam.
Na twarzy staruszki odmalowała się ta sama duma, z jaką pokazywała mi kalendarz. Pomajstrowała dłonią przy brodzie, tak jakby poprawiała wypadającą sztuczną szczękę, po czym mruknęła coś w rodzaju „hmm" i przeciągnęła się. Jednak w trakcie tego przeciągania jej zgięte biodra pozostały w swojej pozycji, jedynie płatki pomarszczonej skóry w miejscu uszu podskoczyły lekko kilka razy.
- Dlaczego zaczęła pani zbierać te przedmioty? - spytałem.
Dziewczynka odstawiła mumię psa tam, skąd ją wzięła. Na słoju pozostały ślady jej palców.
seria: z miotłą
wydanie: I
tytuł oryginału: Chinmoku Hakubutsukan
gatunek: powieść
przekład: Anna Horikoshi
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 296
Tytuł: Muzeum Ciszy
Młody muzealnik przyjeżdża do prowincjonalnego miasteczka, by na zlecenie pewnej starszej pani utworzyć muzeum. Chodzi o kolekcję pamiątek, które kobieta gromadziła od dzieciństwa: niewiele wartych przedmiotów, które łączy tylko jedno - wszystkie zostały ukradzione właścicielom tuż po ich śmierci, nie zawsze naturalnej. Wśród setek rekwizytów znajdują się między innymi mumia psa, wypchana sowa, sekator zmarłego po upadku z drabiny ogrodnika, krążek domaciczny zamordowanej przed laty prostytutki, czy aluminiowe tubki po farbie, która stała się ostatnim pożywieniem umierającej z głodu malarki. Muzealnik ma nie tylko skatalogować wszystkie pamiątki i spisać ich historie - do jego zadań należy także pozyskiwanie nowych eksponatów. I choć początkowo czuł się nieswojo, coraz bardziej fascynuje go obsesja staruszki. To, co miało być sprzeciwem wobec zapomnienia, stopniowo staje się niebezpiecznym fetyszyzmem. A śmierci, nie zawsze naturalnej, jest w miasteczku coraz więcej...
Przeplatające się w tej historii piękno i przemoc Ogawa opisuje spokojnym, przejrzystym językiem. Między eleganckimi zdaniami pełno jednak niedopowiedzeń i wymownego milczenia.
Opinie:
Język prosty, chłodny i zdystansowany, a jednocześnie dojrzały. Poruszające obrazy i wizje. Thriller i dzieło filozoficzne w jednym.
www.amazon.de
Yoko Ogawa potrafi w subtelny, a zarazem przenikliwy sposób opisać mechanizmy ludzkiej psychiki.
Kenzaburo Oë
Intrygująca proza. Rytmiczny wzrost napięcia przypomina najlepsze muzyczne crescendo.
„Elle"
Ogawa zbliża do siebie żywych i zmarłych, oddaje głos tym ostatnim, rozpaczliwie pragnącym uczepić się utraconego życia.
Książki.wp.pl
Zgłębianie mrocznych namiętności to coś, w czym Ogawa osiągnęła niepokojącą biegłość.
„The New York Times"
Fragment:
Pomieszczenie, które nazwano składem, było dawniej pralnią i znajdowało się w wysokiej piwnicy we wschodniej części pałacu. Kiedy starucha otworzyła drzwi, natychmiast poczułem woń czy to pleśni, czy usychającej rośliny, w każdym razie - rozkładającej się materii.
Pokój był dość obszerny, ale panował w nim nieład. Co do czystości też miałem dużo zastrzeżeń. Półki, stoły i szafki poustawiane były chaotycznie, a najróżniejsze przedmioty, które jak się domyśliłem, stanowiły zawartość magazynu, leżały na nich porozrzucane bez żadnej logiki. Ani jedna z tych rzeczy nie sprawiała wrażenia, że znajduje się na swoim miejscu.
Ale to nie bałagan drażnił mnie w tym pokoju najbardziej. Zajęło mi trochę czasu, zanim zrozumiałem, co to naprawdę było.
Zatrzymaliśmy się dopiero mniej więcej na środku pomieszczenia, ale żeby tam dotrzeć, musieliśmy przedzierać się między przedmiotami, ostrożnie stawiając stopy i uważając, by nie zahaczyć o coś ramieniem. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać gniewu staruchy, gdybym przypadkiem zrzucił coś z półki i rozbił. Podłoga wyłożona była kafelkami tworzącymi wzór dość nowoczesnej kraty. Mimo że pokój znajdował się w piwnicy, wąskie okienka w górnej części wysokiej ściany wpuszczały dużo światła. Za nimi widać było zieleń i niebo. Z czasów, kiedy w pomieszczeniu znajdowała się pralnia, pozostał sznur do suszenia rozwieszony pod sufitem, a także stara wyżymaczka i żelazko.
W zasadzie żaden magazyn ze starymi rzeczami nie powinien już mnie zaskoczyć. Lubiłem ślęczeć nad materiałami, zamknięty sam w pomieszczeniu, którego ciszy nie mąci obecność zwiedzających. Mimo to w składzie staruchy nie czułem się dobrze. Coś tutaj było inaczej. Jakby każdy z przedmiotów roztaczał wokół siebie tak silną, indywidualną aurę, że umieszczone razem, eksponaty kłóciły się ze sobą. Nawet w najgorszym, nieuporządkowanym magazynie zbiory należące do tego samego muzeum łączy jakaś wspólna idea, która łagodzi różnice. Tutaj nie było niczego, co nadawałoby przedmiotom charakter zbioru. Nie było też śladu sąsiedzkiej życzliwości, z jaką przedmioty w normalnym magazynie odnoszą się do siebie nawzajem. Nie umiałem się w tym pokoju zrelaksować.
Samochodzik napędzany na szpulkę po niciach i gumkę, złoty ząb, rękawiczka, pędzel malarski, buty do wspinaczki, pędzel do golenia, forma z gipsu ortopedycznego, kołyska... - na próbę przyjrzałem się po kolei każdej rzeczy, która wpadła mi w oko, ale do niczego mnie to nie doprowadziło. Przeciwnie, poczułem się jeszcze bardziej zagubiony.
- To pamiątki po zmarłych - powiedziała starucha. - Po mieszkańcach miasteczka.
Jej głos zabrzmiał ze znacznie bliższej odległości, donośniej niż podczas naszych rozmów w bibliotece.
- Chcę, żebyś zrobił muzeum, które będzie przechowywać i pokazywać te przedmioty.
Dopiero wtedy zrozumiałem, jaki był prawdziwy powód mojego rozdrażnienia. Moja pracodawczyni nie miała wełnianej czapki na głowie. Pomiędzy resztkami siwych włosów dostrzegłem uszy. Były tak maleńkie, że nawet w stosunku do karłowatych wymiarów jej ciała wydawały się zbyt małe. Wyglądały jak podeptane zwiędłe liście i ledwo trzymały się czaszki. W zasadzie pozbawione kształtu małżowiny można by pominąć i uznać, że po uszach zostały tylko otwory prowadzące w głąb głowy.
- Dość dużo tego... - powiedziałem powoli, usiłując przestać myśleć o uszach.
- Zaczęłam je zbierać jesienią tego roku, kiedy skończyłam jedenaście lat. To długa historia, za długa, żeby ją opowiadać. Ale kolekcja ciągle będzie się powiększała.
Dziewczynka podpierała staruszkę ramieniem, a ręką przytrzymywała jej biodra. Doskonale wiedziała, w którym miejscu i z jaką siłą musi manewrować. Wyglądało to tak, jakby ich ciała były ze sobą połączone.
- Kiedy ktoś w miasteczku umierał, starałam się wejść w posiadanie jakiejś jednej rzeczy, która do niego należała. Jak widziałeś, miasteczko jest nieduże, więc ludzie nie umierają tu codziennie. Mimo to dotrzeć do tych rzeczy nie było łatwo. Przekonałam się o tym, kiedy zaczęłam zbierać. Dla jedenastoletniej dziewczynki był to, być może, zbyt wielki ciężar, ale nie poddawałam się. W ten sposób zbieram już kilkadziesiąt lat. Największą trudność sprawiał fakt, że nie zadowalały mnie jakieś mało znaczące pamiątki. Nie mogło to być kimono, które człowiek za życia miał na sobie dwa razy. Nie mogła to być biżuteria, która przeleżała w szufladzie całe życie zmarłej. Albo okulary, które taka osoba założyła raz, na trzy dni przed śmiercią. Nie dawałam się zmylić takimi zupełnie nieistotnymi pamiątkami. Rozumiesz? Potrzebowałam rzeczy, które pełnym głosem zaświadczą o istnieniu osoby, która odeszła. Potrzebowałam prawdziwych pamiątek. Inaczej całe to przedsięwzięcie byłoby tylko marnowaniem wielu lat życia tych ludzi i odsuwaniem w nieskończoność ich ostatecznej śmierci. Pamiątki nie budziłyby żadnych ciepłych wspomnień. Miałyby wyłącznie wartość materialną.
Kobieta przełknęła ślinę i z pewnym smutkiem odgarnęła z czoła wątły kosmyk włosów. Za oknem, wysoko nad nami, niebo przecinał jakiś ptak. Pamiątki po zmarłych w dalszym ciągu otaczały nas swoim milczeniem.
- Na przykład spójrz na to.
Wystarczyło, że starucha mrugnęła powiekami, a dziewczynka natychmiast wyjęła ze sterty pamiątek jeden niepozorny przedmiot i pokazała mi go na wyciągniętej dłoni.
- Co to jest?
Jak na element biżuterii przedmiot był zbyt prosty, a na część maszyny - zbyt słaby. Dziewczynka trzymała w ręce zwyczajne, metalowe kółeczko.
- Mniej więcej pięćdziesiąt lat temu ktoś zabił w hotelu niemłodą już prostytutkę. Najpierw dźgnął ją nożem, a potem obciął jej sutki i zabrał je ze sobą. Było to najstraszniejsze morderstwo w historii miasteczka. Od tego czasu w ogóle nie mieliśmy tu zabójstw. Jak to bywa z prostytutkami, na pogrzeb nie przyszedł nikt z rodziny. Powiedziałam, że byłam jej jedyną bliską przyjaciółką, i pozwolono mi uczestniczyć w kremacji zwłok. Oczywiście skłamałam, żeby wejść w posiadanie jakiejś rzeczy po zmarłej. Z popiołów udało mi się wygrzebać to. Było jeszcze ciepłe, jakby ogrzane jej ciałem. Postanowiłam, że uczynię z tego pamiątkę. To krążek domaciczny zapobiegający ciąży. Teraz to...
Dziewczynka skinęła głową i odłożyła krążek na półkę. Tym razem przyniosła w objęciach słój. Zupełnie jakby się wcześniej umówiły albo porozumiewały jakimś szyfrem, córka bezbłędnie znajdowała akurat tę rzecz, o którą chodziło matce.
W słoju znajdowała się jakaś nieodgadniona zmumifikowana materia organiczna.
- Pewnego dnia na zapalenie płuc umarła staruszka. Niczym się nie wyróżniała. Była po osiemdziesiątce. Od śmierci męża elektryka wiodła samotne życie, uprawiając warzywa w ogródku. Nigdy nie pracowała w żadnym zawodzie ani nie miała artystycznych zamiłowań. Nie rzucała się w oczy, nie miała ani wrogów, ani przyjaciół. Po prostu zwykła stara kobieta, która całe życie poświęciła wypełnianiu domowych obowiązków. Jedyne, na co można by zwrócić uwagę, to pies. Kobieta miała żółtego, kudłatego psa, którego kochała całym sercem. Pies zdechł pół roku wcześniej, też na zapalenie płuc. Bardzo możliwe, że staruszka zmarła właśnie z tego powodu. W każdym razie w testamencie zażyczyła sobie, żeby razem z nią spopielić zwłoki psa, którego pochowała w ogródku. Wobec tego przed pogrzebem zakradłam się do ogródka i wykopałam psie szczątki.
Wytężyłem wzrok i rzeczywiście, zobaczyłem w słoju obleczone sierścią kości. Najwyraźniej nie poddano ich żadnej chemicznej konserwacji. Przednie łapy zgięte były w nienaturalny sposób, szczęki dociśnięte przykrywką, a przylegająca do szkła czaszka ciemnymi oczodołami wpatrywała się gdzieś daleko przed siebie.
- No jak? Łapiesz mniej więcej, o co chodzi? - spytała starucha.
- Tak... mniej więcej. Krążek domaciczny i mumia psa...
Powtórzyłem w myśli wszystko, co powiedziała, ale tylko tyle zdołałem wymamrotać.
- Jednym słowem, nie wszystkie z tych rzeczy uzyskała pani w oficjalny sposób - dodałem.
- W oficjalny sposób? Nie rozśmieszaj mnie. Wytłumaczyłam ci przecież, czym są pamiątki po zmarłych. Te prawdziwe. Nie ma oficjalnych i nieoficjalnych sposobów, żeby wejść w ich posiadanie. Nie jest to może powód do dumy, ale nie mam w miasteczku żadnych przyjaciół ani znajomych, którzy podzieliliby się ze mną pamiątkami po swoich bliskich. Dawniej miałam kilkoro, ale wszyscy umarli. W każdym razie moje przedsięwzięcie wymagało zdecydowanych kroków. Inne nie zdają egzaminu. Większość z tych rzeczy jest kradziona. Ja je ukradłam.
Na twarzy staruszki odmalowała się ta sama duma, z jaką pokazywała mi kalendarz. Pomajstrowała dłonią przy brodzie, tak jakby poprawiała wypadającą sztuczną szczękę, po czym mruknęła coś w rodzaju „hmm" i przeciągnęła się. Jednak w trakcie tego przeciągania jej zgięte biodra pozostały w swojej pozycji, jedynie płatki pomarszczonej skóry w miejscu uszu podskoczyły lekko kilka razy.
- Dlaczego zaczęła pani zbierać te przedmioty? - spytałem.
Dziewczynka odstawiła mumię psa tam, skąd ją wzięła. Na słoju pozostały ślady jej palców.
seria: z miotłą
wydanie: I
tytuł oryginału: Chinmoku Hakubutsukan
gatunek: powieść
przekład: Anna Horikoshi
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 296











