Autor: Yoss
Tytuł: Siedem grzechów kubańskich
Zbiór powiązanych ze sobą opowiadań inspirowanych siedmioma grzechami głównymi. Z dużym poczuciem humoru i dystansu do otaczającego go świata autor dotyka wszystkich aspektów kubańskiej rzeczywistości, od najsmutniejszych po te najbardziej groteskowe.
Siedem grzechów głównych uosabiają tu postaci dziwne i niezwykłe - starsza kobieta, tęskniąc za dawną Kubą, opycha się słodyczami, co prowadzi do tragicznego finału prostytutka wciąga w swoje przygody młodą dziewczynę, która ma słabość do importowanych towarów rodzina świeżo upieczonych kapitalistów chce zrealizować swój sen o wielkości ubogi robotnik próbuje stawiać czoła przeciwnościom losu, podczas gdy jego żona postanawia zaznać wreszcie prawdziwego życia u boku innego mężczyzny...
Ze względu na ostre spojrzenie Yossa na kubańską rzeczywistość, książka dotychczas nie została opublikowana w ojczyźnie autora. Po raz pierwszy ukazała się w przekładzie na język włoski.
FRAGMENT:
KAMIEŃ ZA KAMIENIEM
Gniewnym.
Drogi komisarzu, na początku chciałbym wyjaśnić, że nie prosiłem, żeby to pan przyjął moje zeznanie, bo miałem nadzieję na łagodniejsze potraktowanie lub coś w tym rodzaju. Tak, wiem, że rok temu przychodził pan do naszego bloku do narzeczonej i od tamtej pory kłaniamy się sobie, ale nikt, rozumie pan, nikt nie może powiedzieć, że jesteśmy zaprzyjaźnieni, dlatego niech się pan nie obawia, niczego od pana nie oczekuję. Proszę jedynie, żeby mi pan pozwolił opowiedzieć wszystko od początku, bo teraz widzi mnie pan zupełnie spokojnego i potulnego, i mógłby pan odnieść wrażenie, że zrobiłem, co zrobiłem, bo jestem kontrrewolucjonistą i prowokatorem, chciałem zabawić się we wroga, ale przysięgam na duszę mojej matki, że to nie ma nic do rzeczy. Oczywiście, rozumiem, dlaczego Brygada Specjalna policji, tak zwane czarne berety, rzuciła się na mnie z kijami w kształcie litery L, ach, pałkami gumowymi? Zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć… Prawdę mówiąc biją tak, że to cud, że nic mi nie połamały, z takimi siniakami nie będę mógł wyjść na ulicę przez co najmniej dwa tygodnie… oczywiście, dureń ze mnie, i tak nie będę mógł nigdzie wyjść, prawda?
Rozumiem i wie pan co? Ja też kiedyś byłem policjantem, osiem lat temu, ale nie w Brygadzie Specjalnej ani w dochodzeniówce, jak pan. Kiedy miałem iść do wojska, zapytali mnie, czy chciałbym odsłużyć w Hawanie trzy lata z pensją, a potem może przejść na zawodowstwo… A ja jestem z Alto Songo… niedaleko Guantánamo, pierwszy raz ktoś, komu podaję nazwę tej miejscowości, wie, gdzie
to jest… Aaa, pochodzi pan z Contramaestre? Więc wie pan, jak to wygląda, mówią: co stolica, to stolica, nie? Założę się, że dawno już pan nie słyszał, żeby ktoś powiedział stolica zamiast Hawana…
Nie, nie mam śpiewnego akcentu, mieszkam tu od lat i tutaj się uczyłem, nikt nie lubi być nazywany wieśniakiem, zwłaszcza, jeśli nim nie jest i, dla jasności, komisarzu, nie chodzi o rasizm, choć nie mam skóry koloru mahoniu, a moje włosy są takie, jakie są… Nie uwierzy pan, zostało mi parę słów i zwrotów z prowincji Oriente, czasem wyrywa mi się i na spódnicę mojej żony mówię - kiecka, na
spodnie - portki i mnóstwo innych rzeczy, ale nie chcę, żeby pan pomyślał, że wycwaniłem się i liczę na coś, bo obaj jesteśmy z Republiki Ludowej Dalekiego Wschodu, jak mówią dupki ze stolarni.
Zapewniam pana, że ja, który nawet w policji byłem raczej pacyfistą, gdybym w czasie, kiedy nosiłem mundur, dopadł kogoś, kto zrobił to, co sam zrobiłem po południu, spuściłbym mu lanie. Niezłe trzepanie, jak mówi się w moich stronach, co komisarzu? Rzecz w tym, że nie wiedzieli, o co poszło…
Już przechodzę do sedna, panu może się wydaje, że mam ochotę sobie pogadać, kiedy sto wat świeci mi prosto w oczy? Zupełnie jak w filmach kryminalnych, które puszczali w soboty… Wciąż puszczają, ale miesiąc temu zepsuł mi się telewizor…
Oczywiście, że ma do rzeczy, proszę sobie wyobrazić, że od tego wszystko się zaczęło, od telewizora właśnie. Wie pan, że sam go zepsułem? Jednym celnym uderzeniem, proszę spojrzeć, jeszcze mam ślady na ręce. Pomyśli pan, że jestem brutalem, najpierw telewizor, potem to dzisiejsze popołudnie, już wyjaśniam… Nic nadzwyczajnego, zwykła historia, żona chciała obejrzeć telenowelę Miłość i nienawiść, nie taką złą jak ta, która teraz leci, z Ruth i Raquel, straszne głupoty… Więc tutaj telenowela, a na drugim kanale mecz finałowy baseballu. Tak, ja też, co by się nie działo, kibicuję Gunatánamo, ale finał to co innego, chociaż w mistrzostwach jesteśmy zawsze na szarym końcu…
Rozumie pan, posprzeczaliśmy się i nawet na decydujący mecz żona nie zgodziła się zrobić wyjątku i siedziała przyklejona do ekranu… Wreszcie udało mi się ją przekonać, żeby poszła oglądać serial do matki, ja już w kapciach, wygodnie, nawet zostawiłem sobie na te okazję kropelkę Paticruzado, nie ma lepszego rumu… a tu nagle gaśnie światło, komisarzu! Kląłem na czym świat stoi, przekląłem nawet chwilę, w której przyszło mi do głowy kupić garnek elektryczny do gotowania ryżu, który żona tak bardzo chciała mieć, i włączyłem radio na baterie, przynajmniej posłucham relacji… choć przy tym upale… Mieszkania w naszym bloku były tyle razy dzielone, że niektóre pokoje mają tylko pół okna.
Pan mieszka na poddaszu w Centro Habana?
Zresztą, co ja mówię, był pan wiele razy u Alinity, córki dziennikarza, który dzieli z nami mieszkanie… Jego część jest chłodniejsza, a i tak w lecie, kiedy nie
ma prądu, nie można spać, nawet po umyciu się w tym co zostało z lodu w zamrażalniku.
Proszę sobie wyobrazić, do jedenastej bez prądu… Nie to jest najgorsze, byłem pewny, że będzie dogrywka, w końcu to mecz finałowy, i zobaczę kilka świetnych uderzeń, ale wraca żona i mówi mi, że nie puścili jeszcze serialu, ponieważ transmitowali jakieś wydarzenie! I, zadowolona, przełącza się na Miłość i nienawiść. Krew we mnie zawrzała, wściekłem się, bo nie mogłem jej nic powiedzieć, miała prawo to zrobić, dotrzymała umowy, a nie mogła zostać na noc u matki, gdzie mieszka jej siostra z trójką dzieci, których wystarczyłoby za tysiąc, poza tym rano nie ma wody, a żona musi wziąć prysznic… Ot, taka babska fanaberia, jak moja poranna kawa i papieros.
Ona zadowolona, tryumfuje, ja, rozjuszony, bo słyszę mecz u dziennikarza, który zawsze nastawia telewizor tak głośno, że słychać go w całej Hawanie… aż wreszcie walnąłem ręką w odbiornik tak, że go zepsułem. Rozumie pan? Głupota, dziecinny kaprys typu, jak mi nie dacie być pałkarzem, zabiorę wam i kij i piłkę. Gorzej, bo tym razem nikt nie wygrał, ani ona, ani ja.
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 174
Wymiary: 12.5 x 19.5 cm
Tytuł: Siedem grzechów kubańskich
Zbiór powiązanych ze sobą opowiadań inspirowanych siedmioma grzechami głównymi. Z dużym poczuciem humoru i dystansu do otaczającego go świata autor dotyka wszystkich aspektów kubańskiej rzeczywistości, od najsmutniejszych po te najbardziej groteskowe.
Siedem grzechów głównych uosabiają tu postaci dziwne i niezwykłe - starsza kobieta, tęskniąc za dawną Kubą, opycha się słodyczami, co prowadzi do tragicznego finału prostytutka wciąga w swoje przygody młodą dziewczynę, która ma słabość do importowanych towarów rodzina świeżo upieczonych kapitalistów chce zrealizować swój sen o wielkości ubogi robotnik próbuje stawiać czoła przeciwnościom losu, podczas gdy jego żona postanawia zaznać wreszcie prawdziwego życia u boku innego mężczyzny...
Ze względu na ostre spojrzenie Yossa na kubańską rzeczywistość, książka dotychczas nie została opublikowana w ojczyźnie autora. Po raz pierwszy ukazała się w przekładzie na język włoski.
FRAGMENT:
KAMIEŃ ZA KAMIENIEM
Gniewnym.
Drogi komisarzu, na początku chciałbym wyjaśnić, że nie prosiłem, żeby to pan przyjął moje zeznanie, bo miałem nadzieję na łagodniejsze potraktowanie lub coś w tym rodzaju. Tak, wiem, że rok temu przychodził pan do naszego bloku do narzeczonej i od tamtej pory kłaniamy się sobie, ale nikt, rozumie pan, nikt nie może powiedzieć, że jesteśmy zaprzyjaźnieni, dlatego niech się pan nie obawia, niczego od pana nie oczekuję. Proszę jedynie, żeby mi pan pozwolił opowiedzieć wszystko od początku, bo teraz widzi mnie pan zupełnie spokojnego i potulnego, i mógłby pan odnieść wrażenie, że zrobiłem, co zrobiłem, bo jestem kontrrewolucjonistą i prowokatorem, chciałem zabawić się we wroga, ale przysięgam na duszę mojej matki, że to nie ma nic do rzeczy. Oczywiście, rozumiem, dlaczego Brygada Specjalna policji, tak zwane czarne berety, rzuciła się na mnie z kijami w kształcie litery L, ach, pałkami gumowymi? Zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć… Prawdę mówiąc biją tak, że to cud, że nic mi nie połamały, z takimi siniakami nie będę mógł wyjść na ulicę przez co najmniej dwa tygodnie… oczywiście, dureń ze mnie, i tak nie będę mógł nigdzie wyjść, prawda?
Rozumiem i wie pan co? Ja też kiedyś byłem policjantem, osiem lat temu, ale nie w Brygadzie Specjalnej ani w dochodzeniówce, jak pan. Kiedy miałem iść do wojska, zapytali mnie, czy chciałbym odsłużyć w Hawanie trzy lata z pensją, a potem może przejść na zawodowstwo… A ja jestem z Alto Songo… niedaleko Guantánamo, pierwszy raz ktoś, komu podaję nazwę tej miejscowości, wie, gdzie
to jest… Aaa, pochodzi pan z Contramaestre? Więc wie pan, jak to wygląda, mówią: co stolica, to stolica, nie? Założę się, że dawno już pan nie słyszał, żeby ktoś powiedział stolica zamiast Hawana…
Nie, nie mam śpiewnego akcentu, mieszkam tu od lat i tutaj się uczyłem, nikt nie lubi być nazywany wieśniakiem, zwłaszcza, jeśli nim nie jest i, dla jasności, komisarzu, nie chodzi o rasizm, choć nie mam skóry koloru mahoniu, a moje włosy są takie, jakie są… Nie uwierzy pan, zostało mi parę słów i zwrotów z prowincji Oriente, czasem wyrywa mi się i na spódnicę mojej żony mówię - kiecka, na
spodnie - portki i mnóstwo innych rzeczy, ale nie chcę, żeby pan pomyślał, że wycwaniłem się i liczę na coś, bo obaj jesteśmy z Republiki Ludowej Dalekiego Wschodu, jak mówią dupki ze stolarni.
Zapewniam pana, że ja, który nawet w policji byłem raczej pacyfistą, gdybym w czasie, kiedy nosiłem mundur, dopadł kogoś, kto zrobił to, co sam zrobiłem po południu, spuściłbym mu lanie. Niezłe trzepanie, jak mówi się w moich stronach, co komisarzu? Rzecz w tym, że nie wiedzieli, o co poszło…
Już przechodzę do sedna, panu może się wydaje, że mam ochotę sobie pogadać, kiedy sto wat świeci mi prosto w oczy? Zupełnie jak w filmach kryminalnych, które puszczali w soboty… Wciąż puszczają, ale miesiąc temu zepsuł mi się telewizor…
Oczywiście, że ma do rzeczy, proszę sobie wyobrazić, że od tego wszystko się zaczęło, od telewizora właśnie. Wie pan, że sam go zepsułem? Jednym celnym uderzeniem, proszę spojrzeć, jeszcze mam ślady na ręce. Pomyśli pan, że jestem brutalem, najpierw telewizor, potem to dzisiejsze popołudnie, już wyjaśniam… Nic nadzwyczajnego, zwykła historia, żona chciała obejrzeć telenowelę Miłość i nienawiść, nie taką złą jak ta, która teraz leci, z Ruth i Raquel, straszne głupoty… Więc tutaj telenowela, a na drugim kanale mecz finałowy baseballu. Tak, ja też, co by się nie działo, kibicuję Gunatánamo, ale finał to co innego, chociaż w mistrzostwach jesteśmy zawsze na szarym końcu…
Rozumie pan, posprzeczaliśmy się i nawet na decydujący mecz żona nie zgodziła się zrobić wyjątku i siedziała przyklejona do ekranu… Wreszcie udało mi się ją przekonać, żeby poszła oglądać serial do matki, ja już w kapciach, wygodnie, nawet zostawiłem sobie na te okazję kropelkę Paticruzado, nie ma lepszego rumu… a tu nagle gaśnie światło, komisarzu! Kląłem na czym świat stoi, przekląłem nawet chwilę, w której przyszło mi do głowy kupić garnek elektryczny do gotowania ryżu, który żona tak bardzo chciała mieć, i włączyłem radio na baterie, przynajmniej posłucham relacji… choć przy tym upale… Mieszkania w naszym bloku były tyle razy dzielone, że niektóre pokoje mają tylko pół okna.
Pan mieszka na poddaszu w Centro Habana?
Zresztą, co ja mówię, był pan wiele razy u Alinity, córki dziennikarza, który dzieli z nami mieszkanie… Jego część jest chłodniejsza, a i tak w lecie, kiedy nie
ma prądu, nie można spać, nawet po umyciu się w tym co zostało z lodu w zamrażalniku.
Proszę sobie wyobrazić, do jedenastej bez prądu… Nie to jest najgorsze, byłem pewny, że będzie dogrywka, w końcu to mecz finałowy, i zobaczę kilka świetnych uderzeń, ale wraca żona i mówi mi, że nie puścili jeszcze serialu, ponieważ transmitowali jakieś wydarzenie! I, zadowolona, przełącza się na Miłość i nienawiść. Krew we mnie zawrzała, wściekłem się, bo nie mogłem jej nic powiedzieć, miała prawo to zrobić, dotrzymała umowy, a nie mogła zostać na noc u matki, gdzie mieszka jej siostra z trójką dzieci, których wystarczyłoby za tysiąc, poza tym rano nie ma wody, a żona musi wziąć prysznic… Ot, taka babska fanaberia, jak moja poranna kawa i papieros.
Ona zadowolona, tryumfuje, ja, rozjuszony, bo słyszę mecz u dziennikarza, który zawsze nastawia telewizor tak głośno, że słychać go w całej Hawanie… aż wreszcie walnąłem ręką w odbiornik tak, że go zepsułem. Rozumie pan? Głupota, dziecinny kaprys typu, jak mi nie dacie być pałkarzem, zabiorę wam i kij i piłkę. Gorzej, bo tym razem nikt nie wygrał, ani ona, ani ja.
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 174
Wymiary: 12.5 x 19.5 cm










