Autor: Zbigniew Masternak
Tytuł: Jezus na prezydenta!
Na dworcu Warszawa Centralna pojawia się Jezus Chrystus. Oświadcza, że chce kandydować w wyborach prezydenckich. Nie ma pieniędzy na kampanię, tylko hasła – te same, co dwa tysiące lat temu. Czy uda mu się wygrać wybory – w kraju, w którym kilka lat temu pojawiła się propozycja nadania Jezusowi mocą uchwały sejmowej tytułu Króla Polski?
Nowela filmowa w gatunku political fiction pozbawiona odniesień do bieżących wydarzeń w sferze publicznej.
[fragment]
Przed Pałacem Kultury w Warszawie.
Jezus stoi na niewielkim podeście. Opodal zaparkowany jest duży bus z napisem ''Jezus na prezydenta!'' i wielką podobizną kandydata. Jezus ma na sobie garnitur, w ręku trzyma megafon. Gromadzi się coraz większy tłum ludzi. Wśród nich uwijają się ludzie Wysmukłego, którzy rozdają ulotki wyborcze.
Sam Wysmukły siedzi w zaparkowanym opodal czarnym bmw z czarnymi szybami, skąd nadzoruje całą akcję. Ludzi przybywa, traktują to bardziej jak happening niż przedwyborczą agitkę.
Jezus przemawia spokojnym, donośnym głosem niby amerykański kaznodzieja albo polityk.
– Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy. Przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: ''Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?'' Lecz ten mu odpowiedział: ''Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw. Ja okopię je i obłożę nawozem. Może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć... – Jezus urywa i spogląda po tłumie, który nasłuchuje jego słów ze zdziwieniem. – Jakim wy jesteście drzewem, Polacy? Oto przyszedłem do was, żeby zebrać owoc mojej cierpliwości...
– Kto to jest? – pyta jakaś kobieta.
– Podobno to sam Jezus Chrystus... – wyjaśnia jakiś staruszek. – Przyszedł na ziemię, żeby wygrać wybory prezydenckie...
– O, to już źle musi być z tą Polską, skoro Bóg do nas przyszedł... – wtrąca jakiś student. – Zawsze wiedziałem, że jesteśmy narodem wybranym... W końcu Matka Boska była koronowana na Królową Polski...
– A jaki on tam Bóg? – drwi mężczyzna w średnim wieku. – Oszust, ot co. Nauczył się Nowego Testamentu na pamięć i cos świruje...
– A jak to naprawdę sam Jezus Chrystus? Boże Święty! – staruszek żegna się bojaźliwie.
– Jaki owoc wydasz, ludu polski? – pyta Jezus. – Czy słowa, które wyrzekłem dwa tysiące lat temu, są ci nadal bliskie? Ludzie, czy mnie jeszcze kochacie?
– Jesteś całkiem przystojny! – krzyczy młoda dziewczyna. – Jak masz trochę pieniędzy, to mogę cię pokochać!
Tłumem wstrząsa śmiech. Na twarzach ludzi maluje się zaskoczenie – czy to przypadkiem nie jakaś „ukryta kamera”. Ale w przemawiającym jest coś takiego, że wielu słucha uważnie jego słów.
– Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi, gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: "Panie, otwórz nam", lecz On wam odpowie: "Nie wiem, skąd jesteście". Przemyślcie to sobie... – Jezus schodzi z podestu, pozostawiając wszystkich w zadziwieniu, i rusza w kierunku busa. Ludzie rozstępują się jak kiedyś Morze Czerwone przed Mojżeszem. Drogę zabiega mu Dziennikarka.– Spotykam pana po raz drugi, za każdym razem w innej roli. Najpierw zostaje pan aresztowany na dworcu za żebractwo, a teraz jest pan kandydatem na prezydenta Polski! Czy mogę zadać panu kilka pytań? Marcinku, włącz kamerę... No, jak to wszystko jest możliwe? – kobieta podtyka Jezusowi mikrofon pod nos.
– Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi... – Jezus odchodzi.
– Kto za panem stoi? – krzyczy Dziennikarka w ślad za nim.
Gdy Jezus znika w busie, długo wpatruje się w jego podobiznę na pojeździe.
– Już ja to sprawdzę...
Tytuł: Jezus na prezydenta!
Na dworcu Warszawa Centralna pojawia się Jezus Chrystus. Oświadcza, że chce kandydować w wyborach prezydenckich. Nie ma pieniędzy na kampanię, tylko hasła – te same, co dwa tysiące lat temu. Czy uda mu się wygrać wybory – w kraju, w którym kilka lat temu pojawiła się propozycja nadania Jezusowi mocą uchwały sejmowej tytułu Króla Polski?
Nowela filmowa w gatunku political fiction pozbawiona odniesień do bieżących wydarzeń w sferze publicznej.
[fragment]
Przed Pałacem Kultury w Warszawie.
Jezus stoi na niewielkim podeście. Opodal zaparkowany jest duży bus z napisem ''Jezus na prezydenta!'' i wielką podobizną kandydata. Jezus ma na sobie garnitur, w ręku trzyma megafon. Gromadzi się coraz większy tłum ludzi. Wśród nich uwijają się ludzie Wysmukłego, którzy rozdają ulotki wyborcze.
Sam Wysmukły siedzi w zaparkowanym opodal czarnym bmw z czarnymi szybami, skąd nadzoruje całą akcję. Ludzi przybywa, traktują to bardziej jak happening niż przedwyborczą agitkę.
Jezus przemawia spokojnym, donośnym głosem niby amerykański kaznodzieja albo polityk.
– Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy. Przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: ''Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?'' Lecz ten mu odpowiedział: ''Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw. Ja okopię je i obłożę nawozem. Może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć... – Jezus urywa i spogląda po tłumie, który nasłuchuje jego słów ze zdziwieniem. – Jakim wy jesteście drzewem, Polacy? Oto przyszedłem do was, żeby zebrać owoc mojej cierpliwości...
– Kto to jest? – pyta jakaś kobieta.
– Podobno to sam Jezus Chrystus... – wyjaśnia jakiś staruszek. – Przyszedł na ziemię, żeby wygrać wybory prezydenckie...
– O, to już źle musi być z tą Polską, skoro Bóg do nas przyszedł... – wtrąca jakiś student. – Zawsze wiedziałem, że jesteśmy narodem wybranym... W końcu Matka Boska była koronowana na Królową Polski...
– A jaki on tam Bóg? – drwi mężczyzna w średnim wieku. – Oszust, ot co. Nauczył się Nowego Testamentu na pamięć i cos świruje...
– A jak to naprawdę sam Jezus Chrystus? Boże Święty! – staruszek żegna się bojaźliwie.
– Jaki owoc wydasz, ludu polski? – pyta Jezus. – Czy słowa, które wyrzekłem dwa tysiące lat temu, są ci nadal bliskie? Ludzie, czy mnie jeszcze kochacie?
– Jesteś całkiem przystojny! – krzyczy młoda dziewczyna. – Jak masz trochę pieniędzy, to mogę cię pokochać!
Tłumem wstrząsa śmiech. Na twarzach ludzi maluje się zaskoczenie – czy to przypadkiem nie jakaś „ukryta kamera”. Ale w przemawiającym jest coś takiego, że wielu słucha uważnie jego słów.
– Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi, gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: "Panie, otwórz nam", lecz On wam odpowie: "Nie wiem, skąd jesteście". Przemyślcie to sobie... – Jezus schodzi z podestu, pozostawiając wszystkich w zadziwieniu, i rusza w kierunku busa. Ludzie rozstępują się jak kiedyś Morze Czerwone przed Mojżeszem. Drogę zabiega mu Dziennikarka.– Spotykam pana po raz drugi, za każdym razem w innej roli. Najpierw zostaje pan aresztowany na dworcu za żebractwo, a teraz jest pan kandydatem na prezydenta Polski! Czy mogę zadać panu kilka pytań? Marcinku, włącz kamerę... No, jak to wszystko jest możliwe? – kobieta podtyka Jezusowi mikrofon pod nos.
– Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi... – Jezus odchodzi.
– Kto za panem stoi? – krzyczy Dziennikarka w ślad za nim.
Gdy Jezus znika w busie, długo wpatruje się w jego podobiznę na pojeździe.
– Już ja to sprawdzę...










