Musisz się zalogować lub zarejestrować
Autorka: Miłka Malzahn
Tytuł: Nie ma mono
Tom Nie ma mono (opowiadania są) to – jak sugeruje podtytuł – opowiadania, ale układające się w zwartą całość; autorka bardzo się starała, by uważny czytelnik miał podstawy, by po lekturze sądzić, że przeczytał powieść. Ale ponieważ to uwaga czytelnika jest towarem najbardziej deficytowym we współczesnej literaturze, autorka zadbała także, by bez przeszkód można było traktować kolejne teksty z tego tomu jak samodzielne opowiadania. W niektórych z nich toczą się szybkie dialogi, w innych opisywane są niecodzienne zdarzenia, bywa, że zostajemy zaproszeni do tak niekonwencjonalnej formy narracji jaką w wykonaniu Miłki Malzahn jest fado.
Tytułowe „nie ma mono” to przede wszystkim deklaracja – zawsze i w każdej cząstce świata toczy się dialog, nawet jeśli jedna ze stron milczy; monolog jest złudzeniem. Być może wielowątkową historię porzucania tego złudzenia opowiada nam w swojej najnowszej książce Miłka Malzahn. A zaczyna się to wszystko, w pierwszym fragmencie zatytułowanym Półprzezroczysty, od śmierci – która w żadnym wypadku i w żadnym znaczeniu nie jest końcem..
Fragment
W miejscu, w którym mieszkam, z ostatnich pięter spadają telewizory. Nie jakieś najnowsze modele, ale całkiem użytkowe telewizory. Do czasu. A może nawet są to bezcenne, przedpotopowe telewizory czarno–białe? W dzisiejszych czasach to, mimo wszystko, wciąż ekstrawagancja, taki lecący telewizor, nie sądzisz?
Wczoraj spadł tylko jeden, ale za to naprawdę duży. Pewnie kolorowy. Leciały też całe chmury luźnych kartek, bardzo białych, na tle bardzo czarnego nieba. Interesujące jest to, że ekscesy najczęściej dzieją się w nocy. Wczoraj wiatr rozwiewał kartki nad ulicą. Za pierwszą kartkową chmurą nadlatywała druga, jak stado gołębi, które oszalało i postanowiło nie wracać do gołębnika. Chmury kładły się na jezdni, tuż pod samochody. Banda bladych samobójców.
Patrzyłam na to jak urzeczona. Nieliczni przechodnie przystawali, krzyczeli: „Je–szcze je–den, je–szcze je–den!”. Więcej telewizorów jednak nie spadło. A sąsiedzi z naprzeciwka krzyczeli: „I kom–pu–ter, i kom–pu–ter!” i to zadziałało o tyle, że wyleciał z okna kawałek niezidentyfikowanego sprzętu. Monitor?
To co, wciąż dziwisz się, że cię nie zapraszam do siebie?
— Tak — powiedziałaś — dziwię się.
Więc nie dodałam, że wtedy sąsiedzi z ostatniego piętra pożałowali tego telewizora, zeszli na dół, częstowali go wódką, płakali, a w międzyczasie robili sobie zdjęcia fleszem, wśród porozrzucanych kartek. Błyskało do białego rana.
Mogłabyś naprawdę chcieć to zobaczyć.
s. 184
format 195x125
Tytuł: Nie ma mono
Tom Nie ma mono (opowiadania są) to – jak sugeruje podtytuł – opowiadania, ale układające się w zwartą całość; autorka bardzo się starała, by uważny czytelnik miał podstawy, by po lekturze sądzić, że przeczytał powieść. Ale ponieważ to uwaga czytelnika jest towarem najbardziej deficytowym we współczesnej literaturze, autorka zadbała także, by bez przeszkód można było traktować kolejne teksty z tego tomu jak samodzielne opowiadania. W niektórych z nich toczą się szybkie dialogi, w innych opisywane są niecodzienne zdarzenia, bywa, że zostajemy zaproszeni do tak niekonwencjonalnej formy narracji jaką w wykonaniu Miłki Malzahn jest fado.
Tytułowe „nie ma mono” to przede wszystkim deklaracja – zawsze i w każdej cząstce świata toczy się dialog, nawet jeśli jedna ze stron milczy; monolog jest złudzeniem. Być może wielowątkową historię porzucania tego złudzenia opowiada nam w swojej najnowszej książce Miłka Malzahn. A zaczyna się to wszystko, w pierwszym fragmencie zatytułowanym Półprzezroczysty, od śmierci – która w żadnym wypadku i w żadnym znaczeniu nie jest końcem..
Fragment
W miejscu, w którym mieszkam, z ostatnich pięter spadają telewizory. Nie jakieś najnowsze modele, ale całkiem użytkowe telewizory. Do czasu. A może nawet są to bezcenne, przedpotopowe telewizory czarno–białe? W dzisiejszych czasach to, mimo wszystko, wciąż ekstrawagancja, taki lecący telewizor, nie sądzisz?
Wczoraj spadł tylko jeden, ale za to naprawdę duży. Pewnie kolorowy. Leciały też całe chmury luźnych kartek, bardzo białych, na tle bardzo czarnego nieba. Interesujące jest to, że ekscesy najczęściej dzieją się w nocy. Wczoraj wiatr rozwiewał kartki nad ulicą. Za pierwszą kartkową chmurą nadlatywała druga, jak stado gołębi, które oszalało i postanowiło nie wracać do gołębnika. Chmury kładły się na jezdni, tuż pod samochody. Banda bladych samobójców.
Patrzyłam na to jak urzeczona. Nieliczni przechodnie przystawali, krzyczeli: „Je–szcze je–den, je–szcze je–den!”. Więcej telewizorów jednak nie spadło. A sąsiedzi z naprzeciwka krzyczeli: „I kom–pu–ter, i kom–pu–ter!” i to zadziałało o tyle, że wyleciał z okna kawałek niezidentyfikowanego sprzętu. Monitor?
To co, wciąż dziwisz się, że cię nie zapraszam do siebie?
— Tak — powiedziałaś — dziwię się.
Więc nie dodałam, że wtedy sąsiedzi z ostatniego piętra pożałowali tego telewizora, zeszli na dół, częstowali go wódką, płakali, a w międzyczasie robili sobie zdjęcia fleszem, wśród porozrzucanych kartek. Błyskało do białego rana.
Mogłabyś naprawdę chcieć to zobaczyć.
s. 184
format 195x125










