Tytuł: Linia Powrotu
Teatr: Studium Teatralne
Autor: Spektakl inspirowany książką Krzysztofa Czyżewskiego „Linia powrotu”
Spektakl „Linia Powrotu” jest rozmową bohatera (dorosłego Adama) ze swoim
przyjacielem, rozmową w formie listu, który rozświetla całe jego życie.
„Linia powrotu” to ukazanie bohatera uwikłanego w dorosłym życiu w konsekwencje swoich przeżyć z dzieciństwa i młodości. Nieudane relacje rodzinne: ciężar odpowiedzialności za winy ojca, które bierze na siebie po jego śmierci, kazirodcza miłość jednej z sióstr, brak porozumienia z drugą siostrą, choroba i śmierć matki, konflikty z siostrami wokół opieki nad matką. Czując się innym, idąc za wewnętrznym głosem, ciągle ucieka od jakiejkolwiek zależności; próbując realizować swój plan podstawowy szuka odosobnienia. Jednak wraca do chorej matki i przez długie lata jest świadkiem jej umierania.
Spektakl jest pełną metafor analizą życia Adama, w którym nigdy wcześniej nie było miejsca na refleksje. Dopiero list pisany do przyjaciela pozwala mu spojrzeć na własne życie z innej perspektywy.

foto. Katarzyna Chmura Cegiełkowska
Oto fragment listu, w którym Adam tłumaczy swoje wieloletnie milczenie:
„Żyjemy w czasie, podlegamy bezustannie zmianom, przebywamy naszą drogę od dzieciństwa do śmierci, ale zarazem odbywają się naokoło nas zmiany, niezależnie od nas, nazywane historią. Kiedy myślę o swoim dzieciństwie widzę siebie, jako małego chłopca bawiącego się na ruinach warszawskiego getta. Wtedy dla mnie, dzieciaka, przeszłość niewiele znaczyła. Miałem dość kłopotów z sobą samym, zawężonym, nieśmiałym, transformującym swoje otoczenie, zwłaszcza rodzinę, w swoją wyimaginowaną baśń. Wyobrażałem sobie, że jestem Arielem, lotnym duchem, a moja rodzina przeróżnymi postaciami z „Burzy” Szekspira - a to za sprawą jednej z kilku książek, która z niewiadomych powodów znalazła się w moim domu.
Ariel zlał się ze mną i najbardziej we mnie utkwił. Był zwierciadłem mojego życia, moim daimonionem, a Burza Szekspira zarówno sposobem rozumienia świata jak i schronieniem.
Przedrzeć się do wolności, przekroczyć siebie, dać temu wyraz tak w treści jak i w formie; to była moja obsesja i plan podstawowy.
Czułem się wygnańcem, obcym, niedbającym o przyszłość. Pragnąłem tej jednej rzeczy - i niech mi będzie wybaczone: chciałem odczuwać całe istnienie niby jakąś wielką jedność, tak by nie było sprzeczności pomiędzy światem duchowym i fizycznym, czy pomiędzy uprzejmością i brutalnością, sztuką i barbarzyństwem, samotnością i życiem towarzyskim. We wszystkim chciałem czuć obecność natury, a w całej naturze siebie.
Któregoś dnia, jak to się mówi, życie chwyciło mnie w swoje ramiona; by chronić swoją pracę, swoją wolność, siebie, oddałem matkę do domu starców. Przez 10 lat patrzyłem jak umiera, a ja z rodzeństwem zatracałem się w kłótniach nad jej istnieniem. Wpadaliśmy w obłęd przekrzykując się w swoich racjach, ale tak naprawdę, w moim wypadku, chodziło o umycie rak od odpowiedzialności…
Traciłem w sobie czystość Ariela, te drogę przebywałem stając się mrocznymi postaciami „Burzy” Szekspira, rzuconymi na bezludna wyspę.
Mijały lata, w których następowało spustoszenie mojej duszy. Głód własnego przeżywania wolności, jak wiele innych pragnień, grawitował ku egocentrycznej wizji, w której rozumienie świata opierało się na przekonaniu, że zasługuje się w życiu na cos lepszego. Nie zdobyłem się na rekolekcje, na uświadomienie sobie, że jestem w sidłach demonów.
Któregoś dnia odebrałem na telefonicznej sekretarce wiadomość, że matka umarła.
W nocy przed pogrzebem, nad naszym miastem rozszalała się burza. Idąc za trumna, ktoś zapytał:
- Słyszałeś burze?
A ktoś inny odpowiedział: - Kiedyś to były burze, z piorunami, drzewa wyrywało, ulice zamieniały się w rzeki, pod Płockiem tamę przerwało. A teraz pół godziny i po wszystkim.
Czułem, że ktoś nas wymyślił, że rozgrywa się pierwsza scena „Burzy” Szekspira i że po raz kolejny w życiu zostałem wrzucony na bezludną wyspę. Czułem, że coś we mnie chce abym przypomniał i niejako powtórzył po raz pierwszy, w samotności, dla siebie, swoje życie.
Teraz przeszłość ma dla mnie swój kolor i swój ciężar, jest te dla mnie przedmiotem uwagi i bezustannych rozmyślań.
Musze wrócić do tego, co było, zobaczyć raz jeszcze świat moimi naiwnymi oczami. Tylko ta utracona wrażliwością jak sądzę, mógłbym odzyskać siebie.
„Przezwyciężyć zachowując…”, o to zapewne chodzi w moich wysiłkach zbliżania się do przeszłości”.
reżyseria: Piotr Borowski
scenariusz: Piotr Borowski i Piotr Aleksandrowicz
zespół: Carolina Albano, Piotr Aleksandrowicz, Waldemar Chachólski,
Martina Rampulla
współpraca: Gianna Benvenuto
Teatr: Studium Teatralne
Autor: Spektakl inspirowany książką Krzysztofa Czyżewskiego „Linia powrotu”
Spektakl „Linia Powrotu” jest rozmową bohatera (dorosłego Adama) ze swoim
przyjacielem, rozmową w formie listu, który rozświetla całe jego życie.
„Linia powrotu” to ukazanie bohatera uwikłanego w dorosłym życiu w konsekwencje swoich przeżyć z dzieciństwa i młodości. Nieudane relacje rodzinne: ciężar odpowiedzialności za winy ojca, które bierze na siebie po jego śmierci, kazirodcza miłość jednej z sióstr, brak porozumienia z drugą siostrą, choroba i śmierć matki, konflikty z siostrami wokół opieki nad matką. Czując się innym, idąc za wewnętrznym głosem, ciągle ucieka od jakiejkolwiek zależności; próbując realizować swój plan podstawowy szuka odosobnienia. Jednak wraca do chorej matki i przez długie lata jest świadkiem jej umierania.
Spektakl jest pełną metafor analizą życia Adama, w którym nigdy wcześniej nie było miejsca na refleksje. Dopiero list pisany do przyjaciela pozwala mu spojrzeć na własne życie z innej perspektywy.

foto. Katarzyna Chmura Cegiełkowska
Oto fragment listu, w którym Adam tłumaczy swoje wieloletnie milczenie:
„Żyjemy w czasie, podlegamy bezustannie zmianom, przebywamy naszą drogę od dzieciństwa do śmierci, ale zarazem odbywają się naokoło nas zmiany, niezależnie od nas, nazywane historią. Kiedy myślę o swoim dzieciństwie widzę siebie, jako małego chłopca bawiącego się na ruinach warszawskiego getta. Wtedy dla mnie, dzieciaka, przeszłość niewiele znaczyła. Miałem dość kłopotów z sobą samym, zawężonym, nieśmiałym, transformującym swoje otoczenie, zwłaszcza rodzinę, w swoją wyimaginowaną baśń. Wyobrażałem sobie, że jestem Arielem, lotnym duchem, a moja rodzina przeróżnymi postaciami z „Burzy” Szekspira - a to za sprawą jednej z kilku książek, która z niewiadomych powodów znalazła się w moim domu.
Ariel zlał się ze mną i najbardziej we mnie utkwił. Był zwierciadłem mojego życia, moim daimonionem, a Burza Szekspira zarówno sposobem rozumienia świata jak i schronieniem.
Przedrzeć się do wolności, przekroczyć siebie, dać temu wyraz tak w treści jak i w formie; to była moja obsesja i plan podstawowy.
Czułem się wygnańcem, obcym, niedbającym o przyszłość. Pragnąłem tej jednej rzeczy - i niech mi będzie wybaczone: chciałem odczuwać całe istnienie niby jakąś wielką jedność, tak by nie było sprzeczności pomiędzy światem duchowym i fizycznym, czy pomiędzy uprzejmością i brutalnością, sztuką i barbarzyństwem, samotnością i życiem towarzyskim. We wszystkim chciałem czuć obecność natury, a w całej naturze siebie.
Któregoś dnia, jak to się mówi, życie chwyciło mnie w swoje ramiona; by chronić swoją pracę, swoją wolność, siebie, oddałem matkę do domu starców. Przez 10 lat patrzyłem jak umiera, a ja z rodzeństwem zatracałem się w kłótniach nad jej istnieniem. Wpadaliśmy w obłęd przekrzykując się w swoich racjach, ale tak naprawdę, w moim wypadku, chodziło o umycie rak od odpowiedzialności…
Traciłem w sobie czystość Ariela, te drogę przebywałem stając się mrocznymi postaciami „Burzy” Szekspira, rzuconymi na bezludna wyspę.
Mijały lata, w których następowało spustoszenie mojej duszy. Głód własnego przeżywania wolności, jak wiele innych pragnień, grawitował ku egocentrycznej wizji, w której rozumienie świata opierało się na przekonaniu, że zasługuje się w życiu na cos lepszego. Nie zdobyłem się na rekolekcje, na uświadomienie sobie, że jestem w sidłach demonów.
Któregoś dnia odebrałem na telefonicznej sekretarce wiadomość, że matka umarła.
W nocy przed pogrzebem, nad naszym miastem rozszalała się burza. Idąc za trumna, ktoś zapytał:
- Słyszałeś burze?
A ktoś inny odpowiedział: - Kiedyś to były burze, z piorunami, drzewa wyrywało, ulice zamieniały się w rzeki, pod Płockiem tamę przerwało. A teraz pół godziny i po wszystkim.
Czułem, że ktoś nas wymyślił, że rozgrywa się pierwsza scena „Burzy” Szekspira i że po raz kolejny w życiu zostałem wrzucony na bezludną wyspę. Czułem, że coś we mnie chce abym przypomniał i niejako powtórzył po raz pierwszy, w samotności, dla siebie, swoje życie.
Teraz przeszłość ma dla mnie swój kolor i swój ciężar, jest te dla mnie przedmiotem uwagi i bezustannych rozmyślań.
Musze wrócić do tego, co było, zobaczyć raz jeszcze świat moimi naiwnymi oczami. Tylko ta utracona wrażliwością jak sądzę, mógłbym odzyskać siebie.
„Przezwyciężyć zachowując…”, o to zapewne chodzi w moich wysiłkach zbliżania się do przeszłości”.
reżyseria: Piotr Borowski
scenariusz: Piotr Borowski i Piotr Aleksandrowicz
zespół: Carolina Albano, Piotr Aleksandrowicz, Waldemar Chachólski,
Martina Rampulla
współpraca: Gianna Benvenuto











